Andrzej Wajda często wspomina, że rok 1943 był dla niego najcięższym czasem wojny i okupacji. W kwietniu 1943 roku Niemcy ujawnili, że w lesie pod Katyniem odkryto masowe groby polskich oficerów zamordowanych przez NKWD. Na ogłoszonej przez nazistów liście nie było nazwiska kapitana Jakuba Wajdy, ojca przyszłego twórcy filmu Katyń, toteż matka Andrzeja Wajdy, wiedząc, że od 1939 roku jej mąż był w sowieckiej niewoli w obozie w Starobielsku, do swojej śmierci w roku 1950 nie ustawała w poszukiwaniach. Dopiero w 2000 roku Andrzej Wajda dowiedział się, że jego ojciec został zamordowany w piwnicach NKWD w Charkowie.

W czasie okupacji Wajda mieszkał z matką w prowincjonalnym Radomiu i już w 1942 roku złożył przysięgę żołnierza Armii Krajowej, w której był łącznikiem.

Ciężki dla niego okazał się również 1944 rok. Pewnego razu, wiosną tego roku, gdy wychodził z biura konstrukcyjnego, gdzie pracował jako kreślarz, zatrzymała go zapłakana kobieta w głębokiej żałobie. Była to żona jego akowskiego dowódcy. Okazało się, że poprzedniej nocy ów dowódca oraz kilku innych oficerów AK zostało aresztowanych przez gestapo. Żona dowódcy radziła Wajdzie, by jak najspieszniej wyniósł się z Radomia. Bojąc się wracać do domu, gdzie mogło czekać na niego gestapo, przyszły reżyser przenocował na wieży kościoła Bernardynów, a rankiem wyruszył pociągiem do Krakowa, mając nadzieję, że w stolicy Generalnej Guberni przyjdzie mu łatwiej ukryć się i uniknąć aresztowania. W Krakowie zamieszkał u stryjów, przy ulicy Emaus, i pracował w ich warsztacie ślusarskim. Tygodniami – jak wspomina – nie wychodził z domu, bo choć stryjowie wyrobili mu jakieś marne lewe papiery, wolał losu nie kusić. Ale gdy usłyszał o wystawie dawnej sztuki japońskiej w galerii w Sukiennicach, którą okupacyjne władze niemieckie zorganizowały na cześć swojego dalekowschodniego sojusznika, poczuł, że musi ją zobaczyć. Nie przeczuwał nawet, jakie skarby ujrzy – a tym bardziej, jaki ślad odcisną one na jego wrażliwości artystycznej. Wajda bowiem od trzech lat malował, jak powiada, namiętnie, marzył o studiach w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, choć wojna się jeszcze nie skończyła i nie wiedział, czy doczeka jej końca. Żyjąc w okupowanym kraju, nie był nigdy wcześniej w muzeum i nie widział żadnej wystawy malarskiej. To, co zobaczył w Sukiennicach, olśniło go, wryło się w jego pamięć, stało się – jak powiada – jego włas­nością raz na zawsze, miało mu odtąd towarzyszyć, gdziekolwiek się znalazł. „Tyle jasności, światła, ładu i poczucia harmonii – mówił, gdy w 1987 roku odbierał w Kioto nagrodę Fundacji Inamori – nie widziałem nigdy przedtem; było to moje pierwsze w życiu spotkanie z prawdziwą sztuką”. To spotkanie miało wpłynąć na wszystkie jego późniejsze wybory artystyczne i estetyczne. Stając bowiem przed najwspanialszymi dziełami Hokusaia, Utamara, Hiroshigego i innych mistrzów japońskiego drzeworytu, zrozumiał, że prawdziwa sztuka nie imituje rzeczywistości, lecz kreuje świat nie tylko widzialny, lecz także wyobrażony przez twórcę. Zachwycił się wówczas Wielką falą w Kanagawie Hokusaia, subtelnymi portretami kobiecymi Utamara czy Ludźmi na moście Hiroshigego. A drzeworyty tych artystów były zaledwie drobną częścią imponującej kolekcji sztuki japońskiej ofiarowanej krakowskiemu Muzeum Narodowemu przez Feliksa Jasieńskiego, zwanego Mangghą.

Kim był ten człowiek, który całe swoje życie i majątek poświęcił zgłębianiu sekretów i kolekcjonowaniu sztuki Kraju Kwitnącej Wiśni?

Feliks Jasieński

Feliks Jasieński urodził się w 1861 roku i w młodości wiele podróżował po Azji i po Egipcie. Kilka lat życia spędził także w Paryżu, ówczesnej stolicy świata i artystycznej mekce, i to właśnie nad Sekwaną zetknął się po raz pierwszy ze sztuką japońską, choć do Japonii nie dotarł przez całe życie. Zauroczony nią, zaczął kolekcjonować dawne japońskie rzemiosło artystyczne, broń, tkaniny, malowidła, drzeworyty starych mistrzów ukiyo-e. Rychło zgromadził piętnaście tysięcy zabytków, i to nie tylko sztuki japońskiej, ale także z innych krajów azjatyckich i europejskich, w tym piękną kolekcję malarstwa polskiego z przełomu XIX i XX wieku.

Perłą jego zbiorów pozostała jednak sztuka japońska, której stał się w Polsce niestrudzonym orędownikiem, od chwili gdy w 1898 roku powrócił do Warszawy.

Naród japoński – dowodził – był jedynym na kuli ziemskiej – obok Greków – dla którego nieustanne i jak najrozleglejsze zadowolenie popędów estetycznych stanowiło jeden z nieodzownych warunków bytu. Dla setek milionów fanatycznych wielbicieli sztuki we wszystkich jej objawach, miliony artystów stworzyły miliony dzieł. […] Nie mówiąc o rozkoszy, jaką w ogóle obcowanie z dziełami sztuki każdej subtelnej jednostce sprawiać musi, z naciskiem zaznaczyć należy, iż dzieła te mają – dla nas zwłaszcza – olbrzymie pedagogiczne znaczenie. W Japonii dzieło sztuki nie jest jedynie przedmiotem zbytku, dostępnym dla bogatego estety. Jakkolwiek kwitła tam zawsze i jedynie rzekomo jałowa antyspołeczna zasada: sztuka dla sztuki – sztuka zespoliła się nierozerwalnie ze wszystkimi prawie objawami życia narodowego. Z jednej strony naród estetów, żądający, aby absolutnie wszystko, czego się dotyka, nosiło piętno artyzmu indywidualnego na wybitnie narodowościowem tle ogólnem – z drugiej, całe zastępy artystów, pracujących we wszystkich kierunkach z tą samą ilością talentu i zapału […]. Artyści zaś, choć zapatrzeni jedynie w piękno, nie stoją oderwani od własnego społeczeństwa, gdzieś w zimnej, niedostępnej pustce. Służąc tylko sztuce, żyją jednocześnie dla całego społeczeństwa…

Jasieński, choć jak mało kto ze współczesnych mu rodaków zasłużył na miano „duszy subtelnej” i „wykwintnej”, był przede wszystkim patriotą, człowiekiem stawiającym na pierwszym miejscu dobro społeczeństwa. Za swoją patriotyczną powinność – jak pisze Zofia Alberowa, historyk sztuki, która przez lata opiekowała się w krakowskim Muzeum Narodowym kolekcją Jasieńskiego – uważał bowiem wyrwanie społeczeństwa polskiego z kulturowego marazmu i zacofania, w jakich Polacy pogrążyli się po utracie niepodległości w XVIII wieku. W upadku kultury widział największe zagrożenie dla naszej tożsamości narodowej.

Wszystko to zaś przypomnieć warto nie tylko po to, by oddać hołd temu, który swoją wartą dziś pięćdziesiąt milionów dolarów kolekcję przekazał w 1920 roku narodowi polskiemu, lecz i po to, by pokazać, że jego refleksje o sztuce japońskiej, o obowiązkach obywatela wobec ojczyzny czy też myśli o roli kultury w ocaleniu ducha zniewolonego narodu – wciąż pozostają żywe. Na pewno zaś pozostawały żywe dla Krystyny Zachwatowicz i Andrzeja Wajdy, gdy w 1987 roku podejmowali oni szaloną – jak się wtedy niektórym wydawało – decyzję, by nad Wisłą, naprzeciw wzgórza wawelskiego, skąd Polską rządzili i gdzie w królewskich grobach spoczywają władcy dawnej Rzeczypospolitej, zbudować muzeum, w którym skarby Jasieńskiego znalazłyby wreszcie godne miejsce. Tak się bowiem stało, że zbiory te przez kilkadziesiąt lat były przechowywane w Kamienicy Szołayskich i wiedziało o nich niewiele osób w Polsce, a tym bardziej na świecie.

Jasieński zrazu zamierzał podarować swoją kolekcję Warszawie, ale gdy w 1901 roku zaprezentował ją w stolicy, warszawscy znawcy sztuki nie potrafili docenić piękna japońskich drzeworytów. Zniesmaczony tym Jasieński na drzwiach warszawskiej „Zachęty”, gdzie dzieła te były wystawione, wywiesił napis: „NIE DLA BYDŁA”. Wycofał akt darowizny dla Warszawy i na znak protestu przeprowadził się do Krakowa, by tam zacząć rozmowy o przekazaniu swoich zbiorów tutejszemu Muzeum Narodowemu. Lecz i Kraków, a przede wszystkim jego władze, nie potrafił docenić japońskich arcydzieł z kolekcji Jasieńskiego. Niektórzy nawet zarzucali mu, że chce narzucić miastu „zbiór towarów bezwartościowych i dla rozwoju duszy polskiej szkodliwych”. Miał więc rację Jasieński, pisząc o marazmie i zacofaniu, w jakie przez długie lata niewoli popadło społeczeństwo polskie. Z drugiej strony za jego życia naród począł się otrząsać z marazmu. Wspaniale rozwijała się literatura, a szczególnie malarstwo. Krakowskie mieszkanie Jasieńskiego w kamienicy na rogu Rynku i ulicy Świętego Jana stało się celem pielgrzymek młodych malarzy, zwabionych tam pięknem japońskich drzeworytów, rzeźb, tkanin i innych wyrobów rzemiosła artystycznego. Kolekcja Jasieńskiego przyczyniła się więc do narodzin japonizmu w sztuce polskiej.

Swoje zbiory Jasieński przekazał Krakowowi ostatecznie w 1920 roku i był to jeden z najpiękniejszych i najcenniejszych prezentów ofiarowanych odrodzonej po latach zaborów ojczyźnie. Miasto zapewniło kolekcjonera, że jego dar pozostanie nierozdzielną całością i nie zostanie pogrzebany w muzealnych magazynach. W okresie międzywojennym kolekcja ta została wzbogacona o zakupy i dary innych kolekcjonerów. Ale czy to wielki kryzys gospodarczy, który wkrótce ogarnął świat, w tym Polskę, czy też brak dobrej woli spowodował, że bezcenna kolekcja Jasieńskiego przez wiele lat nie mogła znaleźć dla siebie godnego miejsca stałej ekspozycji.

Za życia Jasieńskiego można ją było podziwiać w jego mieszkaniu i czasami niektóre arcydzieła pokazywano w Muzeum Narodowym, po śmierci zaś Mangghi w 1929 roku kolekcję przeniesiono do należącej do Muzeum kamienicy Szołayskich na placu Szczepańskim, by po krótkiej wystawie niektórych zabytków – na lata ukryć ją przed światem w magazynach. Z muzealnych magazynów wydobyli ją dopiero Niemcy, organizując wystawę w Sukiennicach. Tę, którą w 1944 roku, nie bacząc na ryzyko związane z chodzeniem po okupowanym mieście z lewymi papierami w kieszeni, musiał koniecznie zobaczyć osiemnastoletni Andrzej Wajda. Wajda i ci, którzy razem z nim w 1944 roku trafili do Sukiennic, okazali się prawdziwymi szczęściarzami, gdyż po wojnie nigdy już nie urządzono w Krakowie tak wielkiego pokazu kolekcji Jasieńskiego. I podziwiać ukiyo-e czy japońskie kimona mogli tylko nieliczni wybrańcy – jak na przykład Krystyna Zachwatowicz, przed którą pod koniec lat sześćdziesiątych, gdy pracowała nad scenografią do opery Madama Butterfly, dzięki jej przyjaciółkom z czasów studiów na historii sztuki uchyliły się drzwi do magazynów w kamienicy Szołayskich. Andrzej Wajda natomiast skarby Jasieńskiego ujrzał ponownie po prawie pół wieku – po tym jak za swe dokonania artystyczne otrzymał Kyoto Prize. Był już wówczas reżyserem dobrze w Japonii znanym, którego stawiano na równi z Ingmarem Bergmanem czy Federikiem Fellinim.

Feliks Jasieński a Japonia

W Kraju Kwitnącej Wiśni po raz pierwszy usłyszano o nim w 1958 roku, gdy na ekrany kin tokijskich wszedł Kanał, dotąd ze wzruszeniem wspominany przez wielu japońskich kinomanów – ujrzeli oni w tym dziele opowieść o wartościach, za które ludzie honoru, Polacy czy Japończycy, zawsze gotowi są poświęcić życie – jak czterdziestu siedmiu roninów, którzy w 1702 roku popełnili seppuku w obronie honoru swego pana, a których pamięć Krystyna Zachwatowicz i Andrzej Wajda z początkiem lat dziewięćdziesiątych uczcili na ich cmentarzu w Tokio.

Rok później na ekrany kin japońskich trafił Popiół i diament, film, który opowiadał o polskich tragediach, ale niósł w sobie uniwersalne przesłanie. Japończycy, jak Wajda po latach ku swemu nieskrywanemu zdumieniu miał się przekonać, rozmawiając ze swoimi japońskimi przyjaciółmi, ujrzeli w tym dziele także własną tragedię i rozdarcie, jakiego doświadczyli, przegrawszy krwawą wojnę. Magazyn „Kinema Junpō” uznał to dzieło polskiej szkoły filmowej za jeden z najlepszych filmów roku. Wielu młodych Japończyków utożsamiało się z grającym główną rolę Zbyszkiem Cybulskim. Tak jak na przykład Nagao Hyodo, przyszły ambasador Japonii w Polsce, który zobaczył Popiół i diament jeszcze jako student i poczuł się wstrząśnięty tym arcydziełem – jak wyznał to w roku 1995, wręczając Andrzejowi Wajdzie japoński Order Wschodzącego Słońca.

Tak więc gdy w 1970 roku Wajda pierwszy raz znalazł się w Japonii, podczas przeglądu filmów towarzyszących światowej wystawie w Osace, był tam już twórcą dobrze znanym. W późniejszych latach w kinach i w telewizji japońskiej pokazywano jego Brzezinę, Ziemię obiecanąPanny z Wilka, ale bodaj największy entuzjazm wzbudził Człowiek z marmuru, który japońską premierę miał 6 września 1980 roku w kierowanym przez Etsuko Takano Iwanami Hall. Andrzej Wajda wraz z żoną uczestniczył w tej premierze i w udzielanych japońskim mediom wywiadach objaśniał aktualną sytuację polityczną w Polsce. Jego wizyta w Japonii odbyła się bowiem zaledwie kilka dni po podpisaniu porozumień sierpniowych w gdańskiej stoczni i narodzinach Solidarności, która tak bardzo zafascynowała Japończyków. I była to fascynacja wzajemna, bo Lech Wałęsa, przywódca polskich robotników, jedną ze swoich pierwszych podróży zagranicznych odbył właśnie do Japonii, a po powrocie do Polski rzucił hasło budowania w naszym kraju „drugiej Japonii”.

Tak więc Japonia poznawała Wajdę, a Wajda Japonię. Czuł podziw dla jej piękna, dla przyrody i architektury, ale prawdziwie odkryć ten kraj mógł dopiero dzięki swoim japońskim przyjaciołom. Współczesna Japonia jawiła mu się jako kraj tajemniczy, „nie mniej tajemniczy niż ta z epoki Edo, tak pięknie wyrażona przez Hokusaia, Utamara czy Sharaku w ich niezapomnianych ukiyo-e”.

Japonię poznawała też Krystyna Zachwatowicz, towarzysząc mężowi podczas japońskich premier Człowieka z marmuruPanien z Wilka, w których zresztą zagrała niezapomniane role. To przy okazji tych premier Krystyna Zachwatowicz ­ujrzała Japonię po raz pierwszy i zapałała do niej miłością. To dzięki japońskim premierom filmów ich twórca i jego żona zawarli wiele cennych przyjaźni, między innymi ze wspomnianą już Etsuko Takano, japońskim dystrybutorem filmów Wajdy. Wajdowie wspominają ją do dziś z największą wdzięcznością, mówiąc, że pani Takano była ich najwierniejszą przyjaciółką, bez której trudno wyobrazić sobie cud, jakim stało się powstanie krakowskiego Centrum Kultury i Techniki Japońskiej. Kim była ta wielka dama japońskiej kultury, jak mówią o niej wszyscy, którzy mieli szczęście ją poznać?

Etsuko Takano miała w swoim życiu wiele pasji, ale najważniejszą było kino. Już w młodości związała się ze Studiem Filmowym Tōhō, w którym pracował między innymi Akira Kurosawa. Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, w momencie gdy swoje największe triumfy święciła francuska Nowa Fala, pani Takano studiowała reżyserię filmową w słynnym paryskim Institut des Hautes Études Cinématographiques (IDHEC). Powróciwszy do ojczyzny, napisała i wyreżyserowała kilka sztuk dla telewizji oraz napisała kilka książek o kinie. Przełomowym jednak momentem w jej karierze okazał się rok 1968, gdy w Tokio przy wydawnictwie Iwanami Hall otwarto ośrodek filmowy i jego pierwszym dyrektorem mianowano panią Takano, która w następnych latach sprowadziła do Japonii dzieła wielu najwybitniejszych twórców światowego kina. Największą bowiem pasją pani Takano było odkrywanie i prezentowanie rodakom twórczości reżyserów wybitnych, choć nieznanych masowemu odbiorcy. A takim był właśnie Andrzej Wajda. Dzięki niestrudzonej szefowej Iwanami Hall stał się on z czasem jednym z najbardziej cenionych w Japonii reżyserów europejskich.

Pani Takano usilnie zabiegała też, by uhonorować polskiego reżysera nagrodą Fundacji Inamori, nie bez racji zwaną japońskim Noblem. I w końcu jej starania zostały uwieńczone sukcesem – w roku 1987 Andrzej Wajda znalazł się w gronie laureatów tej prestiżowej nagrody, otrzymując ją za całokształt twórczości. Jest to nagroda wyjątkowa. „Na świecie – jak powiada laureat canneńskiej Złotej Palmy i Oscara – nie brakuje licznych nagród, którymi wyróżnia się naukowców i artystów, a jednak Kyoto Prize wydaje się czymś wyjątkowym i niepowtarzalnym jak samo Kioto, dawna stolica cesarstwa japońskiego”. W Japonii ceni się sztukę i artystów – wiedział coś o tym nasz Feliks Jasieński – jak w mało którym kraju. Ceni się także naukę i nowoczesne technologie. A Kyoto Prize przypomina o tym, że sztuka i technika mają służyć człowiekowi.

W Japonii ceni się sztukę i artystów – wiedział coś o tym nasz Feliks Jasieński – jak w mało którym kraju. Ceni się także naukę i nowoczesne technologie. A Kyoto Prize przypomina o tym, że sztuka i technika mają służyć człowiekowi.

Nagrodę ufundował Kazuo Inamori, jeden z najbogatszych Japończyków, a zarazem człowiek niesłychanie skromny. Do wszystkiego w życiu doszedł o własnych siłach, co bardzo zaimponowało Andrzejowi Wajdzie, który przy niejednej okazji wyrażał swój podziw dla tego cichego i pracowitego człowieka.

Kazuo Inamori pochodzi z ubogiej rodziny, ale mając niespełna trzydzieści lat, w 1959 roku zbudował korporację Kyocera, która rychło stała się potężnym imperium produkującym elektronikę ceramiczną. W latach dziewięćdziesiątych około siedemdziesięciu procent komputerów na świecie działało dzięki podzespołom ceramicznym produkowanym przez Inamoriego, a zyski jego firmy wynosiły miliardy jenów.

Mając tak duże osiągnięcia finansowe – mówił Inamori w wywiadzie udzielonym w 1995 roku jednej z polskich gazet – nie odczuwam potrzeby ciągłego pomnażania własnej fortuny. Moja filozofia uwzględnia wartości wyższe. Może to zabrzmi patetycznie, ale chcę pomóc ludziom, którzy dają dowody poświęcenia się pracy dla polepszenia ludzkiej kondycji. Równocześnie przyczyniają się do rozwoju nauki, kultury, sztuki.


W tym celu w 1985 roku założyciel Kyocery wyłożył dwadzieścia miliardów jenów i powołał Fundację Inamori. Kandydatów do przyznawanej przez Fundację nagrody wysuwają przedstawiciele rozmaitych instytucji z całego świata, spośród zaś zgłoszonych naukowców i artystów wybiera się trzech laureatów. Przyznana im nagroda ma wesprzeć ich w budowaniu – jak powiada Kazuo Inamori – lepszego i bezpieczniejszego świata. Wśród jej laureatów znaleźli się między innymi Peter Brook, Akira Kurosawa i Witold Lutosławski, który otrzymał nagrodę dwa lata po Wajdzie. Kazuo Inamori bowiem ceni sobie polską muzykę, szczególnie Chopina.

Co czuł Andrzej Wajda, odbierając w listopadzie 1987 roku japońskiego Nobla? Przede wszystkim wzruszenie i wielkie szczęście, o czym zapewniał Kazua Inamoriego, dziękując mu za przyznanie tej nagrody.

Odbierając z Pana rąk, Panie Prezydencie, Nagrodę Kioto, cofnę się w przeszłość, aby przypomnieć niezwykłe zdarzenie, jakim była dla mnie w najcięższym roku wojny i niemieckiej okupacji wystawa sztuki japońskiej. Tyle jasności, światła, ładu i poczucia harmonii nie widziałem nigdy przedtem – było to moje pierwsze w życiu zetknięcie z prawdziwą sztuką.

Andrzej Wajda odbierający Kyoto prize

Dalej laureat mówił, że od 1944 roku do chwili obecnej nie miał możności oglądania kolekcji Jasieńskiego, gdyż powróciła ona do muzealnych magazynów, znikając niczym jakiś „fantastyczny sen”.

Najsilniejsze w naszym życiu są uczucia i zachwyty doznawane w młodości – zwracał się Wajda do twórcy Kyocery. – Dlatego właśnie, odbierając z rąk Pana Nagrodę Kioto, wracam do tych szczęśliwych chwil i chciałbym, aby i inni byli tak szczęśliwi, jak ja byłem wówczas, oglądając po raz pierwszy arcydzieła dawnej sztuki japońskiej.

W pierwszej chwili laureat Kyoto Prize myślał o tym, aby nagrodę przeznaczyć na stworzenie prywatnej szkoły filmowej, wiedział jednak, że w systemie komunistycznym nie ma mowy o prywatnej szkole, tym bardziej jeśli za tym pomysłem stoi ktoś, kto z władzą ma na pieńku. Tak jak Wajda, który nie był pupilem rządzącej partii komunistycznej i otwarcie deklarował się po stronie opozycji demokratycznej i zdelegalizowanej Solidarności (prywatną szkołę filmową otworzył dopiero w latach dziewięćdziesiątych, po zmianie ustroju). Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz postanowili więc przeznaczyć Kyoto Prize na zbudowanie w Krakowie gmachu dla kolekcji Jasieńskiego.

Nagroda Kioto czyni mnie szczęśliwym – mówił Wajda, odbierając Kyoto Prize – ponieważ oczyma duszy widzę w Krakowie piękną japońską budowlę, w Krakowie, który, jak słyszę, ma się stać bratnim miastem Kioto. Wchodzi do niej młody człowiek – malarz, poeta, filmowiec, który tak jak ja wtedy, w 1944 roku, po raz pierwszy spotyka się ze sztuką Japonii – i to spotkanie kształtuje jego artystyczne i estetyczne poglądy…

Wajdzie marzyło się jednak zbudowanie czegoś, co nie miałoby charakteru tradycyjnego muzeum.

Na moje szczęście – mówił w lipcu 1987 roku w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” – Japonia ma dwie twarze: dawną, tajemniczą, przysłoniętą samurajskim hełmem, i dzisiejszą, nowoczesną, jeszcze bardziej tajemniczą, która ukazuje nam się na ekranach komputerów. Myślę, że jeśli Polacy czegokolwiek na świecie zazdroszczą, to właśnie połączenia tych dwóch twarzy: tej dawności ze zbiorów Jasieńskiego i tej nowoczesności, której odpryski trafiają do nas w postaci produkcji przemysłowej […]. Myślę o stworzeniu ośrodka, który połączyłby te zbiory z permanentną manifestacją japońskich osiągnięć technicznych. O stworzeniu centrum obrazującego Japonię w jej dynamice. Wówczas młodzież i dzieci przyjdą być może i obejrzą również i ten cudowny świat japońskiej sztuki…

ANDRZEJ WAJDA W WYWIADZIE DLA „TYGODNIKA POWSZECHNEGO”, LIPIEC 1987 R.

I pomyśleć, że słowa podziwu dla nowoczesnej technologii padły z ust człowieka, który dotąd nie posługuje się komputerem i przyznaje się, że przy realizacji swych najnowszych filmów ucieka od nadmiaru techniki.

Czterysta pięćdziesiąt tysięcy dolarów, bo tyle wynosiła ­Kyoto Prize, to kwota w Polsce, nawet dziś, niewyobrażalnie wielka – tym bardziej była taką w latach osiemdziesiątych, kiedy kraj nasz pogrążony był w kryzysie ekonomicznym, a średnie zarobki wynosiły równowartość kilkunastu dolarów. Andrzej Wajda jednak ani przez chwilę nie wahał się, co począć z tą astronomiczną sumą, postanawiając w całości przeznaczyć ją na założenie fundacji, która przyniosłaby pożytek polskiej kulturze. Wsparła go w tym zamiarze Krystyna Zachwatowicz, która pytana później przez dziennikarzy o motywy tej decyzji powtarzała, iż co prawda ponad czterysta tysięcy dolarów dla prywatnej osoby to bardzo wysoka kwota, ale zgodziła się z mężem, że skoro mają dom w Warszawie i dwa psy, to po co im więcej pieniędzy?

Jako pierwszy poparł gorąco ten pomysł zwolniony właś­nie z więzienia przyjaciel Wajdów – Adam Michnik.

Wydawać by się mogło, że budowa Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej w kraju, w którym brakowało warunków nawet do odpowiedniego eksponowania skarbów sztuki polskiej, to pomysł równie niemożliwy do zrealizowania jak otwarcie prywatnej szkoły filmowej. Wajda wierzył jednak mocno, że dzięki Nagrodzie Kioto ma jedyną w życiu okazję, aby zwrócić uwagę Japończyków na to, że w Krakowie istnieje wspaniała kolekcja sztuki japońskiej. Liczył, że Japończycy wesprą go w budowie domu dla zbiorów Jasieńskiego, wiedział bowiem, że jego nagroda – w obawie przed zakusami władz komunistycznych na wszelki wypadek zdeponowana nie w banku polskim, lecz w Tokio – nie wystarczy, by zrealizować ów zamiar. Od czego jednak ma się przyjaciół?

A Wajdowie mieli już wówczas w Japonii wielu przyjaciół, wpływowych i bezgranicznie oddanych idei budowy gmachu dla kolekcji Jasieńskiego. Jednym z nich była dobrze nam już znana Etsuko Takano, która do swych licznych obowiązków dodała rolę założycielki tokijskiego oddziału Fundacji Kyoto – Kraków, na czele którego stanął wielki przemysłowiec Yahiro Toshikuni. Celem tokijskiego oddziału była zbiórka pieniędzy na budowę „japońskiego domu w Krakowie” dla kolekcji Jasieńskiego. Ogromne zrozumienie i zaangażowanie dla tej idei okazały dwie przyjaciółki pani Takano: pozostająca do dziś z Wajdami w serdecznej przyjaźni Yoko Otake – dyrektor Międzynarodowego Festiwalu Filmów Kobiecych w Tokio – oraz Chieko Akiyama.

Pani Akiyama, krytyk filmowy, pięć razy w tygodniu w audycji emitowanej w japońskim radiu TBS opowiadała o inicjatywie Krystyny Zachwatowicz i Andrzeja Wajdy, powtarzając trzem milionom słuchaczy: jeśli ofiarujesz Fundacji Kyoto – Kraków choćby jednego jena, to w ciągu dziesięciu dni zbierzemy trzydzieści milionów. Podobne wezwania usłyszeć można było we wszystkich mediach japońskich: w radiu, telewizji, prasie. I Japończycy nie pozostali na nie obojętni i głusi. Na apel pani Akiyamy odpowiedziały wielkie korporacje, takie jak Sony, Związek Zawodowy Pracowników Kolei Wschodniej Japonii i wiele innych. A także tysiące zwykłych ludzi, przysyłających Fundacji pudełka czy słoiki, w których codziennie składali datki na rzecz Fundacji. „Dla mnie osobiście – wspominała pani Akiyama – te małe a serdeczne ofiary mają głębsze znaczenie niż te większe”.

Nie brakowało także znaczniejszych datków – i one również płynęły z głębi serca. Tym sposobem pani Takano ze swoimi współpracownikami z Fundacji Kyoto – Kraków zebrała ponad milion dolarów. „Zbiórka trwała ponad siedem lat – wspominała Etsuko Takano – i dzięki pomocy stu trzydziestu ośmiu tysięcy osób oraz poparciu rządu japońskiego i polskiego osiągnęliśmy nasz cel. Był to prezent od ludzi kochających Polskę i jej filmy”.

Wielki prezent ofiarował Fundacji również Arata Isozaki, jeden z najwybitniejszych współczesnych architektów. W latach dziewięćdziesiątych jego sława dawno przekroczyła granice Japonii. Isozaki zaprojektował między innymi Museum of Contemporary Art w Los Angeles, Guggenheim Museum SoHo w Nowym Jorku, Palau Sant Jordi w Barcelonie czy gmach Daimler-Benz w Berlinie.

Rys. Arata Isozaki

Gdy zaś w 1987 roku Arata Isozaki usłyszał, że laureat Kyoto Prize zamierza wybudować w Krakowie „japońskie centrum” – a dowiedział się o tym dzięki Krzysztofowi Ingardenowi, młodemu architektowi z Krakowa, który w latach 1984–1985 pracował w jego tokijskiej pracowni – postanowił ofiarować polskiemu reżyserowi i jego Fundacji projekt owego centrum. Pierwsze spotkanie Andrzeja Wajdy i Araty Isozakiego nastąpiło w Tokio, po tym jak Wajda odebrał Kyoto Prize. Isozaki obiecał zaprojektować nowoczesny i funkcjonalny budynek muzealny i co najważniejsze – nie zażądał za to honorarium, wynoszącego zwykle dziesięć procent wartości zrealizowanego obiektu. Wyprzedzając więc fakty, powiedzmy, że skoro koszty budowy Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej były na poziomie pięciu milionów dolarów, to projekt Araty Isozakiego wart był pół miliona dolarów. Wajdowie oraz pani Takano ten królewski dar japońskiego architekta przyjęli z największą wdzięcznością. Bo – jak wspomina Andrzej Wajda – gest Araty Isozakiego miał przesądzić o sukcesie idei budowy pod Wawelem „japońskiego domu”, ponieważ od tej chwili zamierzenie to nabrało w Japonii wielkiego rozmachu. Do projektu Isozakiego i jego pierwszej wizyty w Krakowie jeszcze wrócimy. Teraz zaś wypada powiedzieć, jak ideę tę przyjęto w Polsce.

Z entuzjazmem odnieśli się do niej Tadeusz Chruścicki i Kazimierz Nowacki, dyrektorzy krakowskiego Muzeum Narodowego, którzy byli przekonani, że inicjatywa ta jest bezcenna zarówno dla Krakowa, jak i dla stosunków polsko-japońskich. Radości nie skrywała także Zofia Alberowa, wspomniana już kustosz Działu Sztuki Dalekiego Wschodu w Muzeum Narodowym. Dzięki jej staraniom kolekcję Jasieńskiego pokazano w tym czasie w Tokio i nie trzeba dodawać, iż zbiory zachwyciły Japończyków. Projekt budowy domu dla kolekcji Mangghi spotkał się z uznaniem wielu krakowskich intelektualistów, by wymienić choćby Jana Błońskiego, historyka literatury z Uniwersytetu Jagiellońskiego, czy legendarnego historyka sztuki Marka Rostworowskiego. Wsparcie dla Fundacji Kyoto – Kraków obiecały także władze miasta. We wrześniu 1987 roku Tadeusz Salwa, prezydent Krakowa, w liście do Andrzeja Wajdy zawiadamiał, iż władze Krakowa przyjmują propozycję utworzenia muzeum sztuki japońskiej, „które przybliży mieszkańcom naszego miasta i licznie odwiedzającym je turystom tradycje kulturowe i sztukę tego kraju”. W imieniu władz Krakowa prezydent Salwa zobowiązał się zapewnić dla przyszłego centrum atrakcyjną lokalizację w centrum miasta.

Inicjatywa fundatorów japońskiego centrum nie wszystkim jednak się spodobała, bo twórca Człowieka z marmuruCzłowieka z żelaza, jak wspominaliśmy, nie był pupilkiem komunistycznej władzy – ba, od lat interesowała się nim żywo Służba Bezpieczeństwa, usilnie starając się Wajdę skompromitować, szukając na przykład dowodów na rzekomo popełniane przez niego nadużycia finansowe.

Niechęć komunistów do Wajdy spotęgowała jeszcze bardziej kwestia związana z ceremonią przyznawania Kyoto Prize, podczas której tradycyjnie odczytywano list, jaki do Fundacji Inamori kierował przywódca państwa, z którego pochodzi laureat nagrody. W przypadku Wajdy był nim I sekretarz PZPR generał Wojciech Jaruzelski. W tym zaś czasie Jaruzelski złożył wizytę w Japonii, gdzie spotkał się między innymi z Kazuem Inamorim, który nie orientując się zbyt dobrze w polskich realiach, poprosił Jaruzelskiego o udział w ceremonii przyznania Kyoto Prize polskiemu reżyserowi. Wajda natomiast nie zamierzał przysłużyć się człowiekowi, który wprowadził w Polsce stan wojenny i zdelegalizował Solidarność i dla którego posłanie do Fundacji Inamori byłoby wspaniałym pretekstem do poprawy jego nadszarpniętego walką ze społeczeństwem i Solidarnością wizerunku. Powstał więc impas, bo Wajda wolał zrezygnować z prestiżowej nagrody, niż przyjmować ją z błogosławieństwem generała Jaruzelskiego. Aleksander Krawczuk, ówczesny minister kultury i sztuki, próbował przekonać artystę, by się ugiął i pogodził z tym, że podczas ceremonii wręczenia Kyoto Prize zostanie odczytane posłanie Jaruzelskiego. Wajda pozostał jednak nieugięty. Komunistyczni aparatczycy popadli więc w furię, o czym świadczy choćby odnaleziony niedawno raport majora Wiesława Górnickiego, kiedyś nie najgorszego nawet dziennikarza, w stanie wojennym zaś wiernego sługi reżimu i osobistego sekretarza Wojciecha Jaruzelskiego. Raport przytaczamy w całości:


Wobec tak nieugiętego stanowiska Wajdy władze musiały zrezygnować z jakiegokolwiek udziału w ceremonii wręczenia Kyoto Prize i podpinania się pod sukcesy artysty, którego filmy zawsze przynosiły państwu wielki międzynarodowy splendor i równie wielkie korzyści finansowe z ich sprzedaży. Wajda wygrał ten pojedynek, ale za afront wyrządzony komunistycznym „światłym umysłom” musiała zapłacić Fundacja Kyoto – Kraków.

Teraz mogę się pożegnać z Nagrodą Kioto, a Kraków z nadzieją, że zbiory japońskie będą miały kiedykolwiek pomieszczenie

Zanotował Andrzej Wajda w swoim notesie w czerwcu 1987 roku

I rzeczywiście, bo choć darczyńcy muzeum ustanowili Fundację w marcu 1988 roku, musiała ona długo walczyć o zarejestrowanie, napotykając opór państwowej biurokracji. Minister Krawczuk chciał, by laureat Kyoto Prize przeznaczył ją na cel inny niż budowa japońskiego muzeum, a konkretnie na założenie klimatyzacji w krakowskim Muzeum Narodowym. „Skromny profesor UJ” opowiadał przy tym na prawo i lewo, a także napisał, że i on pamięta wystawę sztuki japońskiej w Sukiennicach w 1944 roku, choć osobiście jej nie widział, bo nie bywał na imprezach organizowanych przez Niemców – a pod tym niewinnym z pozoru wyznaniem krył się ciężki wobec Wajdy zarzut, że osiemnastoletni chłopiec nie zbojkotował wystawy zorganizowanej przez okupanta.

Krawczuk podpisał dokument zatwierdzający Fundację dopiero 24 sierpnia 1988 roku, niemal w przededniu historycznych zmian, jakie dokonały się w Polsce w 1989 roku. Minister ugiął się dzięki niezłomnej postawie Tadeusza Chruścickiego i Kazimierza Nowackiego z Muzeum Narodowego, dla których jasne było, na co powinno się przeznaczyć nagrodę. Fundacja Kyoto – Kraków została „umocowana” przy krakowskim Muzeum Narodowym. Jej przewodniczącym został Tadeusz Chruścicki, a w jej skład weszli ludzie bardzo zasłużeni dla kultury polskiej i dla Krakowa: Zofia Alberowa, Krystyna Morek (kierownik Wydziału Kultury Urzędu Miasta Krakowa), Kazimierz Nowacki, Krzysztof Ingarden, wiceprezydent miasta Jan Nowak, Jan Błoński, Marek Rostworowski – późniejszy minister kultury w gabinecie premiera Tadeusza Mazowieckiego, Stanisław Lorentz – dyrektor warszawskiego Muzeum Narodowego, Zdzisław Żygulski z Muzeum Czartoryskich i Ryszard Otręba z Akademii Sztuk Pięknych, do których później dołączyli Danuta Glondys i Józef Lassota. I oczywiście fundatorzy.

Od tej chwili plany budowy japońskiego centrum w Krakowie nabrały przyspieszenia, a zrealizowane zostały jedynie dzięki wygranym wyborom z 4 czerwca 1989 roku i odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Andrzej Wajda jako kandydat Solidarności także startował w tych wyborach i zasiadł w Senacie. Przy każdej okazji powtarza, że Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej mogło powstać tylko dzięki przemianom, jakie dokonały się w Polsce za sprawą Solidarności.

W niepodległym i demokratycznym państwie nikt bowiem nie zamierzał rzucać kłód pod nogi komuś, kto chce na dobro wspólne przeznaczyć wielkie pieniądze.

O wolności – pisał Wajda na łamach „Tygodnika Powszechnego” w 1994 roku, na chwilę przed otwarciem Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej – mówi się zwykle w kategoriach moralnych czy duchowych, nikt nie przelicza jej na pieniądze. Tymczasem wolność daje bardzo wymierne i konkretne możliwości. Przyniosła na przykład samorząd lokalny, a z nim uwolniła Kraków od decyzji płynących z Warszawy. Nie inaczej miała się sprawa samej budowy: gdyby nie Balcerowicz i jego plan przekształcenia polskiej gospodarki, zbudowanie Centrum w ciągu piętnastu miesięcy (trzy zajęło nam przygotowanie placu budowy) byłoby absolutnie niemożliwe.

Nie byłoby to również możliwe, gdyby nowym prezydentem miasta nie został Józef Lassota, a nowym wojewodą krakowskim Tadeusz Piekarz – obaj wywodzili się z Solidarności i obaj okazali się przyjaciółmi Fundacji Kyoto – Kraków.

Radykalnie zmieniła się też postawa wobec Fundacji wstrzemięźliwej wcześniej ambasady japońskiej, która od chwili upadku komunizmu zaczęła mocno i bez obaw wspierać Fundację Kyoto – Kraków.

Ważnym momentem w dziejach Fundacji stała się wystawa kolekcji Jasieńskiego, którą zorganizowało Muzeum Narodowe w Krakowie, a przygotowała Zofia Alberowa. Sfinansował ją koncern SEIBU. Skarby Jasieńskiego pokazano w Tokio, Osace i Sapporo. Wystawę otworzyli Etsuko Takano, szefowa z rozmachem działającej już wówczas japońskiej filii Fundacji, oraz Henryk Lipszyc, wybitny japonista i nowy ambasador Polski w Tokio, w którym Andrzeja Wajda, jak to w listopadzie 1991 roku ujął w swoim notesie, dostrzegł nieomylnie „dobrego orędownika” Fundacji Kyoto – Kraków. Dzięki tej wystawie Japończycy dowiedzieli się, kim był Jasieński, poznali losy jego kolekcji, a przede wszystkim usłyszeli o planach Fundacji. Na genialny zaś w swojej prostocie pomysł, jak przekonać Japończyków do finansowego wspierania Fundacji, wpadł Jan Błoński – proponując, by wyceniono wartość kolekcji Jasieńskiego, bo do Japończyków, podobnie jak do wszystkich ludzi, przemawia nie tylko piękno, ale i cyfry. Zbiory wyceniono, jak już wspomnieliśmy, na pięćdziesiąt milionów dolarów. Natomiast Ikuo Hirayama, rektor Akademii Sztuk Pięknych i Muzyki w Tokio, pomógł w konserwacji dzieł z kolekcji Mangghi. Rząd Japonii zaś, dzięki staraniom ministra Jacka Saryusza-Wolskiego, ofiarował Fundacji dwa i pół miliona dolarów, pierwotnie przeznaczonych na pomoc żywnościową dla Polski, która w tym momencie nie była już nam potrzebna.

W listopadzie 1988 roku do Krakowa przyjechał Arata Isozaki, aby razem z fundatorami wybrać miejsce, gdzie w przyszłości stanie budynek japońskiego centrum. Władze Krakowa zaproponowały Fundacji trzy miejsca. Pierwszym była pięknie położona działka pomiędzy Błoniami a Rudawą. Druga działka znajdowała się przy rondzie Mogilskim, w miejscu, gdzie dziś stoi hotel Ibis. I wreszcie trzecia znajdowała się przy ulicy Konopnickiej, ruchliwej i mało atrakcyjnej, jak się wówczas zdawało, arterii na Dębnikach. Wajda zaś wystawiał kiedyś w teatrze Moralność pani Dulskiej, dobrze więc zapamiętał zgrozę, jaka ogarnęła bohaterkę dramatu Zapolskiej na myśl, że ma się wyprowadzić na Dębniki – a choć od premiery Moralności pani Dulskiej minął niemal wiek, nikt w Krakowie nie wyobrażał sobie, by na Dębnikach mogło zakiełkować życie kulturalne.

fot. Wojciech Gorgolewski / Archiwum Muzeum Manggha

Działka przedstawiała żałosny widok, zajmowały ją baraki Przedsiębiorstwa Robót Drogowych, obok zaś stało kilka szpetnych kamieniczek. Ale miała ona dwa wielkie atuty: znajdowała się nad zakolem Wisły, a na drugim brzegu rzeki wznosił się Wawel.

Krystyna Zachwatowicz i Andrzej Wajda do dziś pamiętają ponury i deszczowy dzień, który razem z japońskim architektem poświęcili na oglądanie owych trzech działek.

Isozaki obejrzał pierwsze dwa z zaproponowanych miejsc, na koniec zaprowadziliśmy go z Krystyną Zachwatowicz na taras Wawelu i z góry pokazaliśmy mu blaszane dachy baraków. Długo i uważnie przyglądał się temu widokowi, a za kilka tygodni przysłał już pierwsze rysunki projektu Centrum – nad Wisłą – wspomina Wajda.

Tego listopadowego dnia w wyobraźni japońskiego architekta zrodził się pomysł, by budynek przypominał falę – falę Wisły i falę ze słynnego drzeworytu Hokusaia, który znajduje się w zbiorach Jasieńskiego. Arata Isozaki przy okazji którejś z kolejnych wizyt w Krakowie, oglądając z brzegu Wisły swoje dzieło, przyznał, że żadne miasto na świecie nie dałoby mu tak pięknego miejsca pod realizację jego projektu, bo wszędzie miejsca równie prestiżowe dawno już zostały zabudowane.

I już jesienią 1990 roku Isozaki przysłał Wajdzie pierwsze szkice przyszłego Centrum, zaś w lipcu 1991 roku urządzono pokaz makiety projektu w krakowskim Muzeum Narodowym, a potem w reprezentacyjnej galerii w Sukiennicach. Wajda nie ukrywał zachwytu nad tym projektem. Takiej śmiałej, nowoczesnej, funkcjonalnej architektury nikt w Polsce wówczas nie projektował.

Od tamtej chwili często powtarza, że choć w swoim długim życiu spotkał się z wieloma niezwykłymi reżyserami, pisarzami i malarzami, to prawdziwych geniuszów poznał zaledwie trzech: Stanisława Lema, Tadeusza Kantora i Aratę Isozakiego. Projekt japońskiego architekta miał zapowiedzieć XXI wiek w polskiej architekturze i określić kierunki przyszłego rozwoju Krakowa. Przede wszystkim zmienić nasze staroświeckie, tradycyjne myślenie o muzeum jako takim.

Prace nad projektem posuwały się równolegle w Japonii i w Krakowie – wspominał Arata Isozaki – ale uznałem, że należy dołożyć starań, by styl budowy nie eksponował zbytnio jej japońskości. Znajduje się ona w miejscu widocznym z tarasu wzgórza wawelskiego na przeciwległym brzegu rzeki, projekt obmyśliłem więc tak, aby budynek wkomponować w meandry płynącej pośrodku Wisły i nie zakłócać panującej od dawien dawna szczególnej atmosfery tego miejsca. Kilka krzywizn spływających z biegiem rzeki tworzy konstrukcję dachu. Wykończenie ścian nośnych stanowi wydobywany w Polsce piaskowiec. We wnętrzu zaś, zgodnie z tradycją, użyto pielęgnowanych przez tutejszych rzemieślników technik układania cegły i łączenia elementów drewnianych. Pragnąłem bowiem, żeby – tak jak kolekcja Jasieńskiego przekroczyła ramy sztuki japońskiej – ten budynek również wyszedł poza ramy japońskości i zapuścił korzenie w polskiej ziemi.

Jako główną fasadę budynku Isozaki zaprojektował tak zwaną piątą fasadę, czyli dach, który swoją płynną linią przywodzi na myśl falę rzeczną. Od strony Wisły zaś zaprojektował taras i ogromną szklaną ścianę, przez którą rozpościera się zapierający dech w piersiach widok na wzgórze wawelskie.

Decyzję o lokalizacji działki przy ulicy Konopnickiej Wydział Architektury Miasta Krakowa wydał pod koniec listopada 1991 roku. Nie obyło się oczywiście, jak to w Polsce, bez awantur i wezwań, by nie kalać narodowych świętości, bo naprzeciwko polskiej Akropolis – jak u progu XX wieku nazwał Wawel Stanisław Wyspiański – miejsca spoczynku naszych królów, wieszczów i bohaterów, nie ma prawa stanąć muzeum japońskie. Reprezentująca środowiska prawicowe radna Barbara Bubula (dziś w PiS) grzmiała, że okolice Wawelu mają służyć tylko Polakom, i domagała się, by radni przeprowadzili głosowanie w kwestii, czy naprzeciwko Wawelu może powstać japońskie muzeum. Oczekiwała przy tym, by głosowanie było jawne, aby nie było wątpliwości, kto jest, a kto nie jest „prawdziwym Polakiem”. Większość radnych odcięła się jednak od inicjatywy pani Bubuli i nie miała nic przeciwko lokalizacji Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej w pobliżu świętego dla Polaków wzgórza wawelskiego. Oburzenie radnej Bubuli Andrzej Wajda w swoim notesie skwitował lapidarnym wpisem:

Słyszę też o wypowiedzi jakiejś radnej krakowskiej, że nie będziemy wpuszczali Japończyków pod Wawel, bo to miejsce zarezerwowane na polskie pomniki… Tymczasem przez 50 lat stoją tam dwa baraki jako wyraz patriotyzmu Polaków i ich stosunku do Wawelu!

Był więc już projekt, była działka, była nagroda Andrzeja Wajdy, było dwa i pół miliona dolarów ofiarowanych przez rząd Japonii – wciąż jednak było to zbyt mało, by rozpocząć prace. I zdarzył się cud – jak po latach wspominał Andrzej Wajda – bo Fundacja Kyoto – Kraków znalazła wsparcie wśród kolejarzy ze Związku Zawodowego Pracowników Kolei Wschodniej Japonii, którzy z okazji piątej rocznicy prywatyzacji Kolei postanowili ofiarować Fundacji Kyoto – Kraków milion dolarów.

Przyznam, że trudno było w to uwierzyć – wspominał Wajda – związki zawodowe walczą zwykle o płace swych pracowników… Tę ideę zasugerowała im pani Takano. Działacze Związku chcieli tylko, byśmy wcześniej objechali ich terenowe ogniwa, przedstawiając naszą ideę budowy Centrum w Krakowie. Wyruszyliśmy więc z Krystyną Zachwatowicz w wielką podróż – nigdy w życiu nie jeździłem tyle koleją. Objechaliśmy północno-wschodnią Japonię – nowoczesnymi, szybkimi pociągami i małymi prowincjonalnymi liniami. Zwiedzaliśmy parowozownie i zakłady taboru kolejowego, nocowaliśmy w hotelach dla maszynistów, odwiedzaliśmy kolejarskie świetlice. I choć było to ogromnie męczące, powróciła do nas atmosfera pierwszych miesięcy Solidarności. Naszą najlepszą, najmilszą profesjonalną tłumaczką w Japonii była zawsze Yoshiko Yoshino. Andrzej Wajda

Na czele Związku Kolejarzy stał wówczas Akira Matsuzaki i jemu to przede wszystkim Fundacja zawdzięcza hojne wsparcie japońskich kolejarzy. Nieżyjący już dziś Matsuzaki był szeroko znanym w swej ojczyźnie działaczem związkowym. Był też przyjacielem Polski i ogromnie przeżył wprowadzenie stanu wojennego w naszym kraju. Solidaryzując się z polskimi robotnikami, w grudniu 1981 roku wraz ze swoimi przyjaciółmi zorganizował protest przed ambasadą polską w Tokio. Także dzięki inicjatywie Akiry Matsuzakiego i jego przyjaciół pewnego dnia o oznaczonej godzinie wszystkie lokomotywy Kolei Wschodniej Japonii gwizdały przez kilka minut, by wyrazić solidarność japońskich związkowców z represjonowanymi związkowcami z Polski. Japońscy działacze dobrze znali historię Solidarności, która stała się dla nich – jak mówił Matsuzaki w wywiadzie udzielonym w 1994 roku solidarnościowemu „Tygodnikowi Małopolska” – symbolem pokojowej walki o wolność i sprawiedliwość.

Akira Matsuzaki zawsze chętnie poświęcał się dla innych ludzi. Wielkim symbolem braterstwa i poświecenia dla bliźnich stał się dla niego Janusz Korczak, którego dzieje poznał dzięki filmowi Andrzeja Wajdy. Etsuko Takano, spotykając się z Matsuzakim, nie miała więc zapewne trudności, aby – chcąc odwołać się do słów Wajdy – „zaszczepić” mu ideę wsparcia Fundacji Kyoto – Kraków.

Tak więc Wajdowie w październiku 1992 roku pociągami Shinkansen w towarzystwie Akiry Matsuzakiego przemierzali wschód Japonii, wszędzie wzbudzając entuzjazm i finansowe wsparcie dla poczynań swej Fundacji.

fot. Archiwum Muzeum Manggha

Krystyna Zachwatowicz i Andrzej Wajda oraz towarzyszący im ambasador Henryk Lipszyc kwestowali na dworcu w Tokio, stojąc z puszką w ręku, dworcowe zaś głośniki oznajmiały pasażerom – a w ciągu dnia przez tokijskie dworce przewijają się miliony Japończyków – że słynny twórca Człowieka z marmuruCzłowieka z żelaza zbiera datki na dom dla sztuki japońskiej w dalekim Krakowie.

W chwili więc gdy na koncie Fundacji po wspaniałomyślnym geście japońskich kolejarzy razem z poprzednimi darowiznami znalazło się już cztery i pół miliona dolarów, Fundacja podjęła decyzję, by budować Centrum.


W październiku 1992 roku rozpoczęły się finalne prace nad projektem. Prowadzono je w tokijskim biurze Araty Isozakiego, gdzie powstała generalna koncepcja budynku. Za koordynację prac po stronie japońskiej odpowiadał Ghen Mizuno, lecz ku wielkiemu żalowi Fundacji zmarł on w 1994 roku – tym samym, w którym nastąpiło otwarcie Centrum. W Krakowie natomiast Krzysztof Ingarden w swoim niedawno otwartym biurze Jet-Atelier pracował nad szczegółami projektu według przysyłanych z Tokio rysunków i makiet. Bo to właśnie jego firmie, założonej razem z Jackiem Ewým, Arata Isozaki powierzył techniczne opracowanie projektu. Zachwycony zaś Andrzej Wajda przyglądał się, jak z tych rysunków i makiet powoli wyłania się bryła budynku.

W kwietniu zatem 1993 roku Fundacja mogła ogłosić międzynarodowy przetarg na budowę Centrum. Stanęły do niego firmy z Polski, ale polskie przedsiębiorstwa budowlane nie cieszyły się wówczas dobrą sławą, choć więc wprawdzie jedno z nich wygrało przetarg, to Andrzej Wajda postanowił nie respektować jego wyniku i zapragnął, aby budowę Centrum powierzyć firmie japońskiej. Jego wybór padł na firmę Takenaka, także uczestniczącą w przetargu, a właściwie na jej europejską filię Takenaka Europe GMBH.

Była to decyzja zbawienna – wspomina Wajda w swojej autobiografii Kino i reszta świata. – Takenaka, firma istniejąca od XVIII wieku i rozgałęziona na całym świecie, powierzyła tę pracę swojemu oddziałowi z Düsseldorfu. Odetchnąłem z ulgą, gdyż wiedziałem, że budowali oni już wielokrotnie dla Araty Isozakiego i liczyli na dalsze jego projekty w Japonii. Rozumieli też dobrze, że termin [zakończenia budowy] jest nieprzekraczalny ze względu na obecność przedstawicieli rodziny cesarskiej na otwarciu.

Oficjalne podpisanie umowy z Takenaka Europe nastąpiło 6 czerwca 1993 roku – w imieniu Japończyków podpisał ją Masanori Okada, dyrektor naczelny firmy Takenaka, natomiast w imieniu Fundacji podpisy pod umową złożyli: Andrzej Wajda, Tadeusz Chruścicki oraz Henryk Trębacz, dyrektor firmy TRAM, pełniącej w tej inwestycji rolę inwestora zastępczego. Termin zakończenia budowy ustalono na jesień 1994 roku. Piętnaście miesięcy! Dlaczego postanowiono budować w tak ekspresowym tempie?

Wiedząc, że nasze przedsięwzięcie jest pilnie obserwowane w Tokio – tłumaczył Wajda – a środki na budowę policzone co do grosza, wyznaczyliśmy termin piętnastu miesięcy na wykonanie wszystkich prac. Przez długie lata PRL-u przedsiębiorstwa budowlane żyły z budowania, przeciągając każdą inwestycję latami i traktując jej zakończenie jak klęskę, która zmusza do starań o następną. Budżet finansował bowiem tak naprawdę przedsiębiorstwa, a nie budowę. Teraz wiedziałem, że Takenaka budować będzie nasze Centrum z własnych pieniędzy, a Fundacja zobowiązana jest do płacenia rat w miarę postępu robót. Nic nie stało na przeszkodzie, by przyjąć termin możliwie najszybszy. – Andrzej Wajda

Kolejnym krokiem było wmurowanie kamienia węgielnego pod budowę Centrum. 28 maja 1993 roku na działce przy ulicy Konopnickiej 26 pojawili się między innymi: ambasador Japonii Nagao Hyodo z żoną, prezydent Krakowa Józef Lassota i wojewoda krakowski Tadeusz Piekarz. Na uroczystości nie zabrakło również japońskich przyjaciół Fundatorów: Araty Isozakiego z małżonką Aiko Miyawaki, cenioną w świecie rzeźbiarką i laureatką nagrody Henry’ego Moore’a, a także dobrze nam już znanych Etsuko Takano i Yoko Otake z tokijskiej filii Fundacji oraz Akiry Matsuzakiego, który przybył wraz z delegacją japońskich kolejarzy. Była to piękna i wzruszająca uroczystość. Ale chyba największe wrażenie wywarła na wszystkich obecność dwóch kapłanów, którzy wspólnie poświęcili kamień węgielny pod budowę Centrum. Byli nimi ksiądz infułat Stanisław Małysiak z krakowskiego kościoła Mariackiego oraz kapłan shintō Isamu Yoshimura. Kapłan shintō w swojej modlitewnej inwokacji powiedział:

Dzisiaj w polskim mieście Krakowie otaczam shimenawą [wg starych japońskich tradycji jest to gruby sznur pleciony ze słomy ryżowej i otoczony przez ów sznur teren jest uznawany za święty i oczyszczony] tę czystą ziemię, aby mogli pojawić się tu bogowie. Przed bogami rządzącymi tą ziemią chciałbym wygłosić kilka słów.

Pan Andrzej Wajda wybrał tę ziemię w pięknym krajobrazie, otoczoną górami, wodą i powietrzem. Wybrał Kraków, bo jest to miasto z ogromnymi tradycjami, pełne również zabytków architektonicznych. Pan Andrzej Wajda wybrał to miejsce, ponieważ tu właśnie przez tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy lat będzie można podziwiać ekspozycję sztuki japońskiej w muzeum, które zostanie wybudowane na tej ziemi. Teren pod budowę został przygotowany, wyrównany i oczyszczony z korzeni drzew. Według starej japońskiej tradycji będę prosił o pokój dla tej ziemi.

Zebraliśmy się dzisiaj, by oczyścić tę ziemię, by bogowie mogli na niej zagościć. […] Przynieśliśmy dary: jadło i sake, a wszyscy zwracamy się z tą samą prośbą:

Prosimy, by bogowie dojrzeli nasze dobre chęci i zamiary, by od dnia dzisiejszego nie pojawili się na tej ziemi bogowie o gwałtownych charakterach, by nie doprowadzili do żadnego wypadku czy krzywdy. By otaczające płyty kamienne i bruk pozostały na swych miejscach, by ziemia się nie obsuwała, by kolumny budynku były masywne, wysokie i proste. By strop był wytrzymały i piękny. By w obliczeniach inżynierów nie było nawet milimetrowego odchylenia. Czy deszcz będzie padał, czy wiatr silny będzie wiał, a nawet jeśli zdarzy się trzęsienie ziemi, aby konstrukcja przyszłego budynku pozostała bez szwanku. Oby dachu nie strąciło, oby budynek cały stał, oby nie zdarzyło się żadne niebezpieczeństwo. Oby budowa Centrum Sztuki Japońskiej szczęśliwie się zakończyła.

Mam nadzieję, że dzięki eksponatom sztuki japońskiej, które będzie można tu podziwiać, dojdzie do lepszego poznania się naszych dwóch krajów, Polski i Japonii. A to będzie przyczynek do pokoju i dalszej współpracy międzynarodowej. Dziękuję.

Tak więc położywszy w maju 1993 roku kamień węgielny i podpisawszy w czerwcu umowę na wykonawstwo, już ­2 lipca można było zacząć prace budowlane. A ponieważ budynek Centrum miał stanąć nad Wisłą, na terenie jej starych rozlewisk, prace rozpoczęto od wbicia w ziemię na głębokość kilkunastu metrów ogromnych stalowych tak zwanych ścian Larsena, które miały zabezpieczyć budowę od strony rzeki. Tempo prac było tak błyskawiczne, że Andrzej Wajda dotąd wspomina tamte dni z radością i zachwytem: „Miło było patrzeć, jak budowla z dnia na dzień rośnie. Spotkanie japońskiej organizacji pracy z polskim wykonawstwem dało efekt bardzo szczęśliwy. Codzienny szczegółowy nadzór inżyniera Henryka Trębacza – naszego inwestora zastępczego, który […] zapewnił nam wgląd w rzeczywisty stan robót”.

I miał rację Andrzej Wajda, mówiąc o szczęśliwym efekcie spotkania japońskiej organizacji pracy z polskim wykonawstwem – choć może swoją rolę odegrały także modły Isamu Yoshimury do shintoistycznych bogów? – bo budowę Centrum skończono w przewidzianym terminie. Dość powiedzieć, że ponad pięciuset pięćdziesięciu robotników przepracowało tu ponad trzysta tysięcy godzin. 15 kwietnia 1994 roku na dachu Centrum zatrudnieni na budowie stolarze z Podhala umieścili dwie wiechy: polską, tradycyjną, i japońską, z drewna i bibuły. Oczom zebranych – a byli wśród nich między innymi: ambasador Nagao Hyodo, a ze strony polskiej przedstawiciele władz państwowych oraz Joanna Ronikier i Piotr Skrzynecki, przyjaciele fundatorów – ukazał się gmach tak piękny, że choć od tamtej chwili minęło już dwadzieścia lat, mieszkańcy Krakowa wciąż uznają go za najpiękniejszy projekt architektoniczny ostatnich dziesięcioleci. Jest to gmach nie tylko estetyczny, ale i funkcjonalny. Jego łączna powierzchnia wynosi 3100 metrów kwadratowych, a powierzchnia ekspozycyjna – 880 metrów kwadratowych. Oprócz sal wystawowych znajduje się sala wielofunkcyjna na 150–200 miejsc, przeznaczona na prezentację spektakli teatralnych, filmów, koncertów itd. W holu zaś zlokalizowana jest kawiarnia.

Krzysztof Ingarden, konsul honorowy Japonii w Krakowie, w jednym z wywiadów wyjaśnił, w jakim stopniu uznać można budynek Centrum za architekturę japońską:

Nie chodzi o proste przeniesienie, raczej o system znaków, skojarzeń, aluzji. O połączenie dwóch światów. […] Budynek został pokryty kamieniem z polskich złóż. Jego różowawy, delikatny kolor jest bardzo japoński. To pierwsze ukryte znacznie. Ale są i inne. Wielu architektów pyta, skąd w Centrum takie dziwne wejście, podzielone pośrodku kolumną. To coś obcego klasycznej tradycji europejskiej. Dach budynku wykreślony został za pomocą kilku sinusoid i dlatego wydaje się, że kompozycja jest zupełnie swobodna. I tak by było, gdyby nie oś kolumny dzielącej wejście: wszystkie sinusoidy dachu mają w tym miejscu swoje minima i maksima. Kolumna spina całą geometrię dachu. Przy pozorze swobodnego przepływu zachowany jest głębszy porządek – i to jest bardzo japońskie. Gdy podchodzimy do budynku Centrum, nie widzimy wejścia. W architekturze japońskiej krótkie perspektywy zamykane są drobnym, ale skupiającym uwagę elementem. Dlatego na końcu podejścia jest drzewo. Idzie się nie w stronę bramy, ale drzewa. Wzdłuż podejścia po prawej stronie znajduje się murek, podniesiony do wysokości wzroku ludzkiego. W miarę jak idziemy w górę, teren się podnosi, a jednocześnie mur opada, odkrywając przed nami kolejne ukryte dotąd tajemnice. W dole – wodę z rzeźbą Aiko Miyawaki i zielony trawnik. Wchodzimy do budynku. Od strony ulicy nie ma okien. Mijamy sferę ciemną, świetlik z góry wprowadza światło. I nagle, na wprost, przez wielkie przeszklenie – dostrzegamy Wawel. Dotykamy ściany i zauważamy, że zrobiona jest z cegły – takiej samej jak ta, którą widzimy na drugim brzegu Wisły. Z cegły wykonane są bramy, których szereg tworzy drogę. Na ceglanych bramach oparte jest drewno, materiał kojarzony zarówno z Japonią, jak i z Polską.

I rzeczywiście, budynek Centrum kojarzy się zarówno z Polską, jak i z Japonią, bo Arata Isozaki chciał w swoim projekcie oddać klimat zamku japońskiego, takiego jak w filmach Kurosawy, i jak powiada Ingarden: nic tu nie zostało powiedziane do końca, wszystko jest zagadką i wymaga cierpliwości.

Arata Isozaki, przy okazji otwarcia Centrum w listopadzie 1994 roku, wyznał zaś, iż pragnął, aby jego projekt odwoływał się do ducha architektury japońskiej – ale nie eksponując zbytnio swej japońskości – aby wyszedł poza jej ramy i zapuścił korzenie w polskiej ziemi.

Pozostawało więc już tylko wybrać termin uroczystego otwarcia Centrum, a było to pierwsze muzeum wybudowane za prywatne pieniądze w Polsce od chwili zakończenia drugiej wojny światowej! Jaka jednak data byłaby najwłaściwsza, skoro w polskim kalendarzu nie ma właściwie miesiąca, który nie kojarzyłby się z ważnym wydarzeniem historycznym?

Beznadziejne poszukiwania najwłaściwszej daty otwarcia Centrum przecięła Krystyna – wspomina Andrzej Wajda – decydując, że 30 listopada, dzień mojego patrona świętego Andrzeja Apostoła, nadaje się najlepiej, abym otrzymał prezent na miarę swoich ambicji. Tak się też stało.

Uroczystość otwarcia Centrum zaplanowano w południe, a miała ją uświetnić obecność księcia Takamado, bratanka cesarza Japonii Akihito, i jego małżonki księżnej Hisako oraz prezydenta Lecha Wałęsy i wielu innych dostojnych gości, w tym licznej delegacji japońskich kolejarzy z Akirą Matsuzakim na czele.

Wcześniej jednak, rankiem 30 listopada, Krystyna Zachwatowicz i Andrzej Wajda oraz Arata Isozaki i jego żona Aiko Mi­yawaki udali się na wzgórze wawelskie, skąd niedawno jeszcze spoglądali na baraki przy ulicy Konopnickiej, a gdzie dziś wznosiło się ich wspólne dzieło. Wspólne, bo Wajda był nie tylko jego fundatorem, ale wywarł także wpływ na ostateczny kształt bryły dachu, sugerując japońskiemu architektowi, aby dach Centrum był wyraźniejszą aluzją do słynnej fali z drzeworytu Hokusaia.

W porannej mgle – wspominał reżyser tamten poranek – zarys dachu i linia ścian płynęły równolegle z nurtem rzeki, tworząc harmonię, która dawno, przeszło pięćdziesiąt lat temu uderzyła mnie tak silnie na wystawie w okupowanym przez Niemców Krakowie. Niezapomniana Wielka fala w Kanagawie Hokusaia, śmiała i łagodna, stała wcielona w japońską budowlę na wprost Wawelu.

Kraków co prawda gościł w przeszłości niejedną koronowaną głowę, ale ostatnim cesarzem, jaki bawił pod Wawelem, był Franciszek Józef, nigdy natomiast nie witano tu nikogo z japońskiej rodziny panującej. Krakowianie byli więc dumni, że przez pięć dni mogą gościć krewnych cesarza Japonii, którzy wraz ze świtą zatrzymali się „w lśniącym nowością i złotem hotelu Elektor, gdzie czekało na nich piętnaście pokoi i służba gotowa spełnić każde życzenie”, jak donosiła prasa codzienna, dodając, że książęca para miała tylko dwa specjalne życzenia: zobaczyć owczarka podhalańskiego i skosztować ziemniaków, które im podano w czterech wariantach, a najbardziej „ich mościom przypadł do smaku wariant z koperkiem”. Dziennikarze, a szczególnie dziennikarki, z sympatią przyglądali się księciu i jego małżonce, rozpływając się nad urokiem księcia Takamado: „Uśmiech ujmujący, włosy rzecz jasna czarne. Dystyngowany, jak przystało na księcia”; o księżnej zaś pisząc: „Pogodna, nic z dystansu, aż chciałoby się podejść – jak się pani w Polsce podoba? – zagadnąć”. Podczas pobytu w Krakowie książęca para zwiedziła między innymi Wawel, w galerii Andrzeja Starmacha oglądała wystawę polskiego malarstwa współczesnego, spotykając się tam z Jerzym Nowosielskim. Książę i jego małżonka byli też w Cricotece na ulicy Kanoniczej, lecz nie zobaczyli tam obrazów Tadeusza Kantora, które w tym czasie pojechały na wystawę do… Tokio.

Książę Takamado dokonał otwarcia Centrum wspólnie z prezydentem Lechem Wałęsą 30 listopada 1994 roku.

Para książęca zjawiła się na schodach pierwsza – wspominał Andrzej Wajda. – Nie przypadkiem właśnie księciu Takamado powierzono otwarcie naszego Centrum; to jego ojciec, brat nieżyjącego już cesarza, wręczał mi siedem lat wcześniej w Kioto Nagrodę Inamori. Wzruszający moment powitania książąt z członkami naszej Fundacji uświetniło ogromne stado łabędzi płynących wolno na tle sylwetki Wawelu. Nigdy w życiu nie udało mi się wyreżyserować nic równie efektownego. Byłem szczęśliwy. Zbudowaliśmy Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej i witaliśmy w nim przedstawicieli Cesarza, a po chwili – polskiego robotnika Lecha Wałęsę, prezydenta Polski.

Tamtego pamiętnego dnia wygłoszono wiele pięknych słów. Ambasador Nagao Hyodo mówił, że inauguracja działalności Centrum jest z pewnością wydarzeniem epokowym, otwierającym nowy rozdział w historii kontaktów między naszymi krajami. Natomiast Andrzej Wajda z wdzięcznością wspominał także sto trzydzieści osiem tysięcy Japończyków, którzy wsparli finansowo budowę, a na koniec kładąc rękę na księdze z ich podpisami, przyrzekł, że Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej będzie zawsze tętniło życiem.

Etsuko Takano natomiast porównała historię krakowskiego Centrum do czteroczęściowej symfonii: w jej pierwszej części Jasieński zakochuje się w japońszczyźnie i gromadzi jej zbiory; w drugiej krakowskie Muzeum Narodowe trzyma pieczę nad jego kolekcją i przeprowadza ją przez straszne dni wojny; w trzeciej pojawia się Andrzej Wajda, który przeznacza Kyoto Prize na budowę i wraz z Krystyną Zachwatowicz zakłada Fundację; w finale zaś tej symfonii rusza w Japonii wielka akcja zbierania funduszy na budowę.

Arata Isozaki przypominał z kolei, że choć trzon kolekcji Jasieńskiego stanowią dzieła wykonane w Japonii, to nie ma potrzeby nazywać jej sztuką japońską, ponieważ przyczyną zmobilizowania całej rzeszy ludzi wokół budowy było to, iż dzieła zgromadzone w kolekcji poruszyły bardzo wiele osób i gdyby prześledzić historię powstawania Centrum, staje się jasne, że „kolekcja przekroczyła ramy sztuki japońskiej, stała się sztuką światową. Również dlatego, że twórcy żyli w Japonii, a zbieracz w Polsce, i zarówno współcześni polscy artyści, jak i liczni anonimowi mieszkańcy Japonii mieli swój wspólny udział w budowie”.

Prezydent Lech Wałęsa, który w czasach pierwszej Solidarności chciał zbudować w Polsce „drugą Japonię”, stojąc na schodach wiodących do Centrum, zadał jego fundatorowi pytanie, które zapewne cisnęło się na usta niejednemu z gości Centrum: „Panie Andrzeju, dlaczego nie wybudował pan muzeum kinematografii w Warszawie?”. Wajda wspomina, że spodziewał się, iż wcześniej czy później ktoś go o to spyta i będzie musiał na to pytanie odpowiedzieć. A odpowiedź była prosta: gdyby budował muzeum kinematografii, budowałby je w pewnym sensie dla siebie, co nie było jego celem; poza tym pragnął przekazać swoją nagrodę nie Warszawie, ale miastu, które uważa za swoje miejsce na ziemi – to jest miasto jego ojca, miasto jego studiów w Akademii Sztuk Pięknych, miasto tak bliskiego mu Stanisława Wyspiańskiego, miasto, które zawsze szczyciło się artystycznymi związkami z Europą i ze światem.

Tu tworzyli niemieccy budowniczowie i włoscy architekci – przypomina Wajda. – Tylko w Krakowie naturalne jest, by wybitny japoński architekt tu zrealizował swój projekt.

Uroczystość otwarcia Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, 30 listopada 1994 r. Stoją od lewej: Krzysztof Głuchowski, Danuta Glondys, Kazimierz Żygulski, Krzysztof Ingarden, Kazimierz Nowacki, Ryszard Otręba, Tadeusz Chruścicki, Zofia Alberowa, Andrzej Wajda, Yoko Otaka, Krystyna Zachwatowicz-Wajda, Aiko Miyawaki, Arata Isozaki, Chieko Akiyama, Akira Matsuzaki, Etsuko Takano. Archiwum Muzeum Manggha.

Otwarciu towarzyszyło wiele wydarzeń artystycznych. Przede wszystkim w nowo otwartym Centrum podziwiać można było najcenniejsze eksponaty z kolekcji Jasieńskiego. W Arsenale w Muzeum Czartoryskich odbył się koncert tradycyjnej muzyki japońskiej, natomiast w Teatrze im. Juliusza Słowackiego Orkiestra Filharmonii Krakowskiej na cześć japońskiej pary książęcej wykonała między innymi finał IX Symfonii Beethovena. W Teatrze Słowackiego Janusz Ziółkowski w imieniu nieobecnego już prezydenta Wałęsy odznaczył Aratę Isozakiego i Akirę Matsuzakiego Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Andrzej Wajda zaś, gratulując Isozakiemu i Matsuzakiemu, powiedział, iż uświadomił sobie, że istotnym motywem wzniesienia japońskiego Centrum było pragnienie poznania japońskich przyjaciół. Równie serdecznie o japońskich przyjaciołach i wszystkich, którzy przyczynili się do powstania budynku Centrum, mówiła tego wieczoru także Krystyna Zachwatowicz, dziękując imiennie wszystkim budowniczym – nie zapominając nawet o stróżu budowy Janie Czajkowskim.

Jednym słowem – imieniny Andrzeja Wajdy w Teatrze Słowackiego, gdzie wedle prasy panowało „największe ciśnienie emocji i najwyższy poziom elegancji”, były radosne jak chyba nigdy wcześniej. Zachwyceni dziennikarze wypatrzyli wśród gości „arystokrację rodową i arystokrację ducha, sfery rządowe, muzealników, świat artystyczny i biznesmenów, wszystkich w niezłym ścisku; promienny Andrzej Wajda, który znakomicie prezentował się w czarnym smokingu, co chwila prezentował kogoś książęcej parze”. Księżna Takamado wzbudziła podziw gości, bo „w loży cesarskiej błyszczała niczym klejnot we wspaniałym seledynowym kimonie, a na jej palcu – wielka perła w pierścieniu”. Nie uszło też uwadze dziennikarzy „nagłe zjawienie się Adama Michnika we flanelowej kraciastej koszuli, co zrobiło wrażenie takie, jak wejście ducha w klasycznym japońskim teatrze”.

Do wielkich wydarzeń artystycznych towarzyszących otwarciu należała też wystawa dzieł Aiko Miyawaki, która zaprezentowała w Krakowie swoje instalacje i fotografie. W Starym Teatrze zaś odbyła się wyreżyserowana przez Andrzeja Wajdę premiera czterech jednoaktówek Yukio Mishimy, jednego z największych współczesnych dramaturgów japońskich. W przedstawieniu grali między innymi Anna Polony i Jan Peszek, a scenografia była dziełem Krystyny Zachwatowicz. W Starym Teatrze wystąpił także japoński teatr lalek bunraku z wyspy Awaji.

Ale największą bodaj sensacją artystyczną towarzyszącą otwarciu Centrum był pokaz filmu Andrzeja Wajdy Nastazja, według Idioty Fiodora Dostojewskiego. Z Idiotą Wajda zmierzył się po raz pierwszy w latach siedemdziesiątych, realizując w Starym Teatrze niezapomnianą Nastazję Filipowną ze znakomitymi kreacjami Jana Nowickiego i Jerzego Radziwiłowicza. Wajda był zawsze zafascynowany Dostojewskim, dość przypomnieć jego głośne Biesy czy Zbrodnię i karę; w inscenizacji Biesów wykorzystał zresztą postacie Kuroko z japońskiego teatru bunraku (postacie te w przedstawieniu Wajdy z początku pomagały zmieniać rekwizyty teatralne, a z czasem zaczęły brać czynny udział w prezentowanych na scenie wydarzeniach). Gdy zaś podczas jednej ze swoich późniejszych podróży do Japonii reżyser wybrał się do japońskiego teatru shimpa – wystawiającego w Japonii sztuki europejskie – na Damę kameliową, zachwycił się kreacją Tamasaburō Bandō, odtwórcy roli głównej, wielkiego i bardzo popularnego w Japonii aktora teatru kabukionnagata, czyli grającego tylko role kobiet. Wajda zapragnął więc ponownie zrealizować Idiotę, bo widząc odtwórcę Damy kameliowej – jak wspomina w swojej autobiografii – czuł, że zobaczył żywą Nastazję. Napisał zatem list do Tamasaburō Bandō, który wprawdzie nie odrzucił jego propozycji, ale usprawiedliwiając się nadmiarem obowiązków, odsuwał ten projekt w dalszą przyszłość. Bandō, który w teatrze shimpa wcielał się w Szekspirowskie postacie Julii i lady Makbet, grał też Fedrę w dramacie Racine’a i królową Elżbietę I, ale nigdy nie wystąpił w roli męskiej, wahał się więc, czy zagrać u Wajdy, u którego miał się wcielić zarówno w księcia Myszkina, jak i w Nastazję Filipowną. Nie był pewien, czy może złamać tradycję teatru kabuki i pojawić się przed oczyma widzów jako mężczyzna i czy nie będzie śmieszny w męskiej roli. Potrzebował więc czasu, aby pokonać swoje wątpliwości i spotkać się z Andrzejem Wajdą.

Próby, które się po kilku latach od mojego listu rozpoczęły – wspominał Wajda w swojej autobiografii – były dla mnie niezapomnianym doświadczeniem. Na moich oczach dokonywał się cud przeistoczenia. […] Widywałem w Europie i Ameryce aktorów grających kobiety – zawsze była to karykatura, jakaś pokraczna dwuznaczność trudna do zniesienia. Japoński artysta wydobywał środkami czysto formalnymi to, co tworzy kobietę i co ją odróżnia od mężczyzny w jej najpiękniejszych cechach.

Nastazję grano w Tokio i w Osace ponad sto razy. Tamasaburō Bandō nie pożałował więc nigdy, że po raz pierwszy w życiu zagrał rolę męską. Wajda natomiast był zachwycony pracą z nim i dziś jeszcze powtarza, że w bohaterów Dostojewskiego Bandō wcielił się kongenialnie.

Widziałem wielu wspaniałych aktorów – powiadał – i z wieloma z nich miałem szczęście pracować, ale takiej przygody w teatrze nie udało mi się nigdy przeżyć. Patrzyłem z najwyższym zachwytem, jak spełnia się przed moimi oczami jakaś największa tajemnica, jakieś najgłębsze odsłonięcie ludzkiej duszy, wyrażone w najbardziej teatralny sposób przez aktora, który posiadł nieograniczone możliwości w swoim zawodzie.

Podziwiał też Wajda perfekcjonizm Tamasaburō Bandō.

Może to niewiele znaczący drobiazg – wspominał – ale wielki aktor nawet wśród burzy namiętności wykonuje wszystkie zadania z niezwykłą precyzją, zdejmując złote kolczyki, rzucał je zawsze dokładnie w to samo miejsce, w chwili kiedy przekształcał się z Nastazji w księcia Myszkina.

Nic więc dziwnego, że polski reżyser zapragnął utrwalić wielką kreację japońskiego onnagata i po kilku latach nakręcił w Warszawie filmową wersję tego przedstawienia.

Były też inne atrakcje zorganizowane na cześć japońskiej pary książęcej i pozostałych gości Krystyny Zachwatowicz i Andrzeja Wajdy. Należał do nich przede wszystkim wieczór w Piwnicy pod Baranami. Piotr Skrzynecki, założyciel tego słynnego kabaretu i przyjaciel Andrzeja Wajdy, a przede wszystkim Krystyny Zachwatowicz, jednej z gwiazd Piwnicy, nie dbając przesadnie o protokół dyplomatyczny, powitał księcia Takamado żarliwą prośbą: „Bądź naszym królem”. Tę prośbę, jak wspominali świadkowie owego hołdu japońskiego, tłumacze powtórzyli księciu nie bez pewnego oporu. Jednakże książę przyjął ją z dyskretnym skinieniem głowy, ugodę zaś przypieczętowano szampanem. Piwniczni artyści zaprezentowali widzom swoje najpiękniejsze piosenki, a księżnej podarowali płyty ze swoimi piosenkami, które musiały się jej spodobać, skoro po powrocie do kraju poprosiła o przetłumaczenie ich słów. Para książęca niewątpliwie czuła się w Piwnicy dobrze i miło wspominała ten wieczór – szczególnie księżna, która po północy dała się zaprosić do tańca Andrzejowi Szczeklikowi i odtańczyła z nim rock and rolla. Takie to były zabawy w one czasy.


Po otwarciu fundatorzy szukali dla Centrum nazwy, która mogłaby odróżnić je od innych tego rodzaju instytucji – centrów sztuki, i wtedy Arata Izosaki zaproponował, aby krakowskie centrum nazwać pseudonimem Feliksa Jasieńskiego – Manggha. Nazwa ta przyjęła się od razu.

Od tamtej chwili minęło dwadzieścia lat. Przez ten czas Centrum uzyskało status Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Wpisało się też na trwałe w panoramę miasta, a w ogłoszonym w roku 1999 przez „Gazetę Wyborczą” plebiscycie mieszkańcy uznali je za „ulubieńca Krakowa” – jeden z najbardziej udanych w mieście projektów architektonicznych lat dziewięćdziesiątych. Niektórzy odnoszą nawet wrażenie, jakoby stało ono po drugiej stronie wzgórza wawelskiego od niepamiętnych czasów. Szczęśliwi zatem mogą się czuć Krystyna Zachwatowicz i Andrzej Wajda, którzy w kwietniu 1995 roku z rąk prezydenta Krakowa Józefa Lassoty w uznaniu ich dokonań artystycznych i w podziękowaniu za ofiarowanie miastu Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej otrzymali Srebrny Medal Cracoviae Merenti. Za szczęśliwych mają prawo uważać się ci, którzy w Muzeum podziwiać mogą skarby sztuki japońskiej, zachwycać się tradycyjnym japońskim teatrem czy cudami nowoczesnej techniki.

Szczęśliwy byłby też Feliks Jasieński, gdyby wiedział, jak w Krakowie spełniło się jego marzenie.

Tu, w Krakowie – pisał – nawet przyzwoicie wychowane dzieci wiedzą i rozumieją, że każdemu miłośnikowi sztuki, a zwłaszcza tym, którzy ją ponad wszystko umiłowali, chodzić może tylko o jedno, jeżeli chodzi o sztukę polską: o jej rozkwit jak najbujniejszy we wszystkich kierunkach na gruncie własnym. Muzeum japońskie w Krakowie – to najlepsza lekcyja poglądowa dla polskich artystów i polskiego społeczeństwa: tak, u siebie, dla siebie, po swojemu tworzyć trzeba, tak sztuki potrzebować, tak ją kochać, tak jej twórców czcić.

W takiej „lekcyi poglądowej” uczestniczymy od dwudziestu już lat!