fot. Muzeum Manggha

2018

Jerzy Owsiak

Decyzją kapituły, pierwszym laureatem Nagrody został Jerzy Owsiak, prezes i spiritus movens Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Fundacja WOŚP bezspornie przyczyniła się do podwyższenia standardów diagnostycznych i leczniczych w dziecięcej medycynie zabiegowej. Niezwykłe wrażenie robi opublikowana na oficjalnej stronie Fundacji lista kilkuset miejscowości, do których szpitali, przychodni, poradni i zakładów diagnostyki, został przekazany sprzęt. Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy charakteryzuje też całkowita transparentność ekonomiczna.

Ale efekt działania Fundacji to nie wyłącznie materialna pomoc dla, wciąż borykających się z problemami finansowymi, polskich szpitali. To także wielka mobilizacja społeczna skierowana ku tym, którzy najbardziej tego potrzebują – dzieciom i (od kilku edycji) seniorom. Zgodnie z oficjalnymi informacjami w ciągu minionych 28 Finałów Orkiestry, zebrała ona i wydała na wsparcie polskiej medycyny ponad 1,2 mld złotych.

Nie byłoby sukcesu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, gdyby nie jej lider – Jerzy Owsiak. Mimo że zawsze podkreśla kolektywny wymiar prac, których efektem są coraz wyższe kwoty zbierane podczas kolejnych Finałów, to właśnie jego charyzma i energia sprawiają, że Polacy przynajmniej raz w roku porzucają dzielące ich różnice światopoglądowe i polityczne, solidaryzując się w sprawie, która ma faktyczne przełożenie na przyszłość naszego kraju – zdrowie kolejnych pokoleń.

Patron Nagrody, Andrzej Wajda, który był gościem Przystanku Woodstock w 2010 r., powiedział podczas swojego spotkania w Akademii Sztuk Przepięknych:

Polacy słynną z tego, że wszystko co okazuje się sukcesem, wychodzi im z przypadku. Kiedyś polska kinematografia dawała przykład, że grupa ludzi potrafi coś zrobić wspólnie. Tak dużo jest w Polsce negacji, niezadowolenia, utrudnień w inicjatywach obywatelskich”. Jerzemu Owsiakowi udało się przełamać schemat, wyciągnąć z nas to, co zostaje po odrzuceniu konfliktów, rywalizacji

Laudacja dla Jurka Owsiaka

prof. Krystyna Zachwatowicz-Wajda

30 listopada 2018, Muzeum Manggha w Krakowie

Wyobraź sobie stada kolorowej młodzieży, uśmiechy, śmiech, okrzyki. Kręci się potężna muzyczna karuzela. Zachrypnięty konferansjer tłumaczy, że przerwa na papierosa. Nie mamy co palić – skanduje tłum. Cały największy plac w Europie ma co najwyżej siedemnaście lat. Ty jesteś taka piękna, jak ten plac. Jak to muzyczne kolorowe szaleństwo gówniarzy. Z nimi można robić rewolucję. Oni zrobią rewolucję. Nie ma w nich ani krzty zakłamania, cynizmu. Oni nie potrafią żyć w tym zasranym świecie urzędasów. Oni go muszą rozwalić. Chciałbym stworzyć dzieło – drogowskaz Manifest Ludzki. Powiedzieć, jak zmienić świat tak, żeby był cały jak ten plac. Żeby wszyscy mieli papierosy, wino, czereśnie i kolorowe skarpetki. Chciałbym stworzyć Partię Rewolucji. Chciałbym nauczyć ludzi wychowywać dzieci, kochać żony, tańczyć rocka i pić wino. Chciałbym napisać poemat, a może po prostu piosenkę, która kazałaby im – tym gówniarzom z placu – wziąć się za ręce i wywrócić tę skisłą ojczyznę, świat, i całować się, i iść, i śpiewać.

Tak 23 lipca 1962 roku Jacek Kuroń pisał do swojej żony Gajki.

Myślę, że taki list mógłby napisać Jurek Owsiak do swojej żony Dzidzi, którą tu najserdeczniej witamy. I od razu powiem, jak ważną jest dla Jurka osobą – poznali się już w szkole, gdzie jak pisze we wspomnieniach, ściągał od niej wszystkie przedmioty. Ślub wzięli 12 lutego 1976 roku i od tej chwili są razem w życiu i pracy. Lidka – Dzidzia pracuje w Fundacji „Orkiestry”. Maja dwie córki Aleksandrę i Ewę. Jurek mówi po prostu: Bardzo ją kocham. Dziękujemy Dzidziu. Witamy najserdeczniej Ewę.

Stworzenie „Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy” – i finały, które od 1993 roku oglądamy albo na żywo, albo w Telewizji – teraz już tylko w TVN (o powodach nie będę mówić, bo ma być sympatycznie), jest dla mnie spełnieniem marzenia Jacka Kuronia.

Nazwa „Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy” została po raz pierwszy użyta w programie „Róbta co chceta, czyli rock’n’rollowa jazda bez trzymanki” w ferie bożonarodzeniowe 1991 roku i jej autorem jest Jerzy Owsiak.

Nie potrafię w tej laudacji opowiedzieć wszystkiego o Jerzym Owsiaku – o Jurku, bo choć to na pewno byłoby słuszne i sprawiedliwe, ale zabrałoby nam czas co najmniej do rana. Ale ponieważ będzie jeszcze długi bankiet i wiele spotkań z przyjaciółmi i Jurka z wielbicielami – muszę dać Państwu tylko bardzo skrócony opis Jego życia i dokonań.

Jerzy Owsiak urodził się 6 października 1953 roku w Gdańsku. Wychował się w rodzinie milicjanta i księgowej, dziadek ze strony ojca walczył w wojnie polsko-bolszewickiej, a babcia w oddziałach gen. Józefa Hallera. Ojciec został później pułkownikiem i pracował w Komendzie Głównej Milicji Obywatelskiej (bardzo wzruszającą i jedyną poważną rozmowę z Ojcem Jurek opisuje w książce-rozmowie z Bartłomiejem Dobroczyńskim).

Gdy miał 8 lat, rodzina przeniosła się do Warszawy. Tam chodził do szkoły – skończył liceum ekonomiczne, a następnie próbował bezskutecznie dostać się na warszawską Akademię Sztuk Pięknych oraz na psychologię. W młodości należał do grupy mazowieckich hippisów, zapatrzonych w swoich „amerykańskich braci” i właśnie dzięki tamtym fascynacjom i legendzie festiwalu w amerykańskim Woodstock, stworzył polski festiwal „Przystanek Woodstock”.

Pod koniec lat 80. i w latach 90. XX w. zajmował się organizacją wielu imprez rockowych. Zorganizował serię koncertów-maratonów muzycznych, których wspólną cechą była jego charakterystyczna konferansjerka oraz udział czołówki polskich zespołów punkowych owych czasów. Były to:

  • „Letnia zadyma w środku zimy” – w klubie „Stodoła”, Warszawa – 27 stycznia 1989
  • „Zadyma na Torwarze”, Warszawa 1989
  • „50 Rock’n’rolli na l Maja” – w klubie Fugazi, Warszawa 1992
  • „Warsaw – Berlin 2 Step” – Agrykola, Warszawa 1993

Jest współautorem książki „Orkiestra Klubu Pomocnych Serc, czyli monolog – wodospad Owsiaka”, w której zawarty jest wywiad rzeka, prowadzony przez Bartłomieja Dobroczyńskiego. Została ona opublikowana przez ZNAK w 1999. W 2009 wydawnictwo Świat Książki opublikowało autobiograficzną książkę Jurka Owsiaka „Róbta co chceta, czyli z sercem jak na dłoni”, opisującą historię powstania i działalności Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. O jeszcze jednej, najmniej znanej pasji Jurka – podróżowaniu z kamerą i opisywania świata, jest wydana w 2017 roku, znów przez ZNAK „Obgadywanie świata. Jurek Owsiak pierwszy raz o swoim życiu, podróżach i przygodach”.

Z tekstów autobiograficznych Jurka w książkach wydanych przez ZNAK, wybrałam kilka fragmentów, które, jak myślę, dobrze rysują jego nietuzinkową osobowość.

W rozmowie z Bartłomiejem Dobroczyńskim, Jurek mówi:

Wiesz, gdybyśmy to mieli podsumować, to można powiedzieć, że wszystko, co się w moim życiu zdarzyło – zdarzyło się dzięki wojsku. A było to tak. Po maturze zdaję na studia i nie udaje mi się nigdzie zdać. Zdawałem na psychologię, na ASP i oblałem. Więc poszedłem do jakiejś pracy, ale zaraz zostałem powołany do wojska – na DWA lata! Dali mi kategorię B ze względu na wzrok i to, że się wtedy także bardzo jąkałem. Ale dostałem bilet do Ełku do jednostki. Zaczynam cierpieć, bo widzę, że jestem załatwiony. Bez przyszłości. I ja wtedy na takim rozpędzie, zacząłem próbować coś robić, żeby się stamtąd wydostać. Być może „Orkiestra” jest robiona na tym rozpędzie, na takiej właśnie improwizacji.

W jednostce spróbował skutecznie udawać wariata, więc:

Wysłali mnie do Warszawy na badania psychiatryczne. I wysłali mnie do wariatkowa, czyli siedziałem w szpitalu psychiatrycznym w Choroszczy półtora miesiąca na obserwacji. Potem zostałem na rok zwolniony z wojska. I żeby coś robić pracowałem w takim ośrodku „Synapsis”. Ale po roku znów mnie wezwali:

Idziesz do wojska. Normalnie.

Ja w szoku – co robić, co robić? Zaczynam kombinować, że jeśli wymyślę coś naprawdę „zakręconego”, to może mnie zapamiętają… no to przez pięć dni przychodziłem na tę komisję z dokumentami ze szpitala psychiatrycznego. Wchodziłem tak jakoś na ukos. Oni: zaraz, zaraz…

– Ale nie, ja wiem, ja wiem… ja chciałem t-t-t-ylko p-p-p-anie k-k-k-apitanie, ja mam dokumenty ze szpitala w Cho-cho-chroszczy, b-b-bo ja byłem w szpitalu psychiatrycznym… i ja t-t-t-eraz znowu mam iść do wojska, jak j-j-a byłem w szpitalu?

– No to napiszcie podanie odwoławcze i rozpatrzymy sprawę.

– Do widzenia. Nie tymi drzwiami – tamtymi.

I tak przez cztery dni.

Czwartego dnia oni mówią:

– Niech idzie do domu, czeka na list…

Po dwóch tygodniach dostałem wezwanie na komisję. No, mówię do siebie: No idę na komisję wariacką.

Tutaj Jurek opisuje swój kostium, który mnie, jako kostiumografa, zachwycił:

Okulary całe polepiłem plastrami, tłuszczem sobie włosy wysmarowałem i założyłem koszulę Kelusa w kratę taką bajową. Do tego jesionkę – a Kelus był jeszcze mniejszy ode mnie – założyłem także przykrótkie spodnie. I mówię:

– Dzidzia, trzymaj kciuki, jadę na komisję.

Pierwszy dobry znak to był taki, że jak jechałem tramwajem, to mnie kobieta miejsca ustąpiła: – Chłopcze, usiądź sobie, usiądź.

Myślę sobie – chyba wyglądam dobrze.

Na komisji, jak mnie zobaczyli, to jeszcze tylko trzy pytania zadali – potem mnie wyprosili i po chwili znowu mnie wezwali. Ja wchodzę – a oni wygłaszają do mnie taką formułę:

– W imieniu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej obywatel Jerzy Owsiak dostaje kategorię D.

Wróciłem do domu – o Boże, mam! Dostałem kategorię D! I wiedziałem, że już z tego wojska wyszedłem, no, po prostu na zawsze.

A potem to moja droga do ORKIESTRY była już raczej prosta.

Dzięki znajomości z Wojciechem Waglewskim, Jurek Owsiak zaistniał w środowisku muzycznym. Z założonym przez siebie „Towarzystwem Przyjaciół Chińskich Ręczników”, od 1988 r. pojawiał się na koncertach „Voo Voo”. Od grudnia 1991 zaczął przygotowywać dla telewizyjnej „Dwójki” program „Róbta, co chceta, czyli rockandrollowa jazda bez trzymanki”, który od lata 1994 zmienił nazwę na „Dziura w koszu”, a od 1996 – na „Kręcioła”. W latach 1991 i 1992, razem z Walterem Chełstowskim, kierował Festiwalem w Jarocinie. Z tym samym zespołem zorganizował też pierwszy „Przystanek Woodstock” w 1995 r. w Czymanowie. Od tego czasu „Przystanek Woodstock” odbywa się co roku, a kolejne edycje odbywały się w Szczecinie (1996), Żarach (1997–1999, 2001–2003), Lęborku (2000) i Kostrzynie nad Odrą (od 2004). Od tego roku – pod nazwą POL’and ROCK.

Wiemy, jak dla niego ważny jest ten Festiwal – gromadzący co roku kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi. Mieliśmy wielką radość uczestniczyć w tym wydarzeniu, jak to nazwał Jurek, w „Akademii Sztuk Przepięknych”. Było to niezwykłe spotkanie Andrzeja z ciekawą, inteligentną, życzliwą młodą widownią. Mam nadzieję, że Festiwal teraz nie zostanie „dobrze zmieniony”.

Pierwsza zbiórka pieniężna, którą zrobił Jerzy Owsiak, została zorganizowana spontanicznie po apelu kardiochirurgów z Centrum Zdrowia Dziecka, o wsparcie finansowe zakupu sprzętu medycznego dla umierających dzieci. W 1992 r. Jerzy Owsiak zaprosił lekarzy do swojego programu „Brum”, nadawanego w Programie III Polskiego Radia, i następnie przypominał słuchaczom, w każdej jego edycji, o wpłacaniu pieniędzy na podane konto. Akcja ta była kontynuowana również w czasie Festiwalu w Jarocinie w tym samym roku. 3 stycznia 1993 odbyła się zbiórka pieniędzy nazwana później „I Finałem”.

Pozytywny odzew społeczny i wartość zgromadzonych środków zdecydowały o nadaniu tym działaniom formy prawnej. Z inicjatywy Jerzego Owsiaka i Waltera Chełstowskiego powstała Fundacja – Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Fundacja ta została założona w Warszawie 2 marca 1993 przez Jerzego Owsiaka, Lidię Niedźwiedzką-Owsiak, Bohdana Maruszewskiego, Piotra Burczyńskiego, Pawła Januszewicza, Waltera Chełstowskiego oraz Beatę Bethke.

Od tego czasu „Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy”, odbywa się co roku zawsze w styczniu i mam nadzieję, że tak będzie – do końca świata…

Niespodzianką dla mnie była informacja, że Jurek fachowo zajmuje się witrażownictwem. Niespodzianką i wielkim wzruszeniem, bo mamy w Archiwum Manggha niezrealizowane projekty witraży Andrzeja Wajdy, rozrysowane już z wszystkimi szczegółami. Wykonał te projekty witraży dla kościoła św. Stanisława Kostki w Warszawie na Żoliborzu – po tragicznej śmierci księdza Jerzego Popiełuszki. Niestety nie zostały zrealizowane, bo okazało się, że tylko święci mogą być tak uhonorowani.

Pokazujemy te projekty Andrzeja i zrealizowane witraże Jurka na projekcjach w foyer.

Jurek z czułością opisuje swoje spotkanie z Jego mentorką i nauczycielką tego pięknego, i tak trudnego zawodu, panią Teresą Marią Reklewską. Założoną przez niego pracownię witraży prowadzi teraz Jego brat.

Muszę teraz powiedzieć o wszystkich nagrodach i wyróżnieniach Jurka, do których nasza Fundacja dokłada swoją cegiełkę – Nagrodę im. Andrzeja Wajdy za wybitną działalność w duchu solidarności społecznej.

Odznaczenia państwowe:

  • Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski – 1999
  • Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski – 2011
  • Odznaka Honorowa za Zasługi dla Ochrony Praw Dziecka – INFANTIS DIGNITATIS DEFENSORI – 2018

Nagrody i wyróżnienia

  • Srebrne Usta – 1993
  • Wiktor 1993, Wiktor 1994, Wiktor Publiczności 1999 oraz Superwiktor 2000
  • Medal świętego Jerzego – honorowa nagroda „Tygodnika Powszechnego” – 1997
  • Honorowa Odznaka GOPR „Za Zasługi dla Ratownictwa Górskiego” – 1998
  • Order Ecce Homo – 2003
  • Europejczyk Roku 2006
  • Odznaka honorowa „Za Zasługi dla Województwa Lubuskiego” – 2006
  • Odznaka honorowa „Za Zasługi dla Ochrony Praw Człowieka” – 2009
  • Perła Honorowa Polskiej Gospodarki w kategorii krzewienie wartości społecznych – 2009
  • Odznaka Honorowa „Bene Merito” – 2010
  • Laureat Złotego artKciuka w 2010 roku, przyznanego na Interdyscyplinarnym Festiwalu Sztuk Miasto Gwiazd w Żyrardowie za Festiwal Przystanek Woodstock.
  • Buzdygan 2011 – honorowa nagroda „Polski Zbrojnej”
  • Srebrny Medal „Za Zasługi dla Policji” – 2012
  • Tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Pedagogicznego im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie – 2013
  • Medal Szczytu Laureatów Pokojowej Nagrody Nobla – 2013
  • Nagroda Mediów Niptel – 2014
  • Nagroda im. Jerzmanowskich – 2014
  • Nagroda Lewiatana – 2014
  • Nagroda Zwierciadła – 2014
  • Nagroda plebiscytu „Ludzie Wolności” Gazety Wyborczej z okazji 25. Rocznicy wyborów w 1989 roku w kategorii Społeczeństwo – 2014
  • Nagroda Za Odważne Myślenie przyznawana przez Zarząd Konfederacji Lewiatan i Fundacji na Rzecz Myślenia im. Barbary Skargi – 2014
  • Medal im. prof. Wacława Szuberta PAN
  • Tytuł Honorowego Obywatela miasta stołecznego Warszawy – 2014
  • Najlepszy promotor koncertowy na świecie plebiscytu International Music Industry Awards (MUSEXPO) – 2015
  • Medal pamiątkowy UJ „Plus ratio quam vis” – 2017
  • Order Uśmiechu – nadanie 1993, wręczenie 2018
  • Nagroda Polonicus – 2018
  • Europejska Nagroda Obywatelska za 2018 rok.
  • Nagroda Księżnej Jadwigi Śląskiej 2018

Jurek ma niezwykłą zdolność nazywania spraw, wydarzeń, przedmiotów, ludzi. Trafne, wyraziste nazwanie, pozwala oswoić, zrobić bliskim to, co – nienazwane – wywoływało niechęć, strach lub obojętność.

RÓBTA, CO CHCETA, ROCKANDROLLOWA JAZDA BEZ TRZYMANKI, LETNIA ZADYMA W ZIMIE, KRĘCIOŁA, SIE MA, OJ, BĘDZIE SIĘ DZIAŁO, GRAMY DO KOŃCA ŚWIATA I JEDEN DZIEŃ DŁUŻEJ, WIELKA ORKIESTRA ŚWIĄTECZNEJ POMOCY – to wszystko są pomysły, sprawy NAZWANE przez Jurka.

WIELKA ORKIESTRA – coroczna zbiórka pieniędzy na sprzęt dla szpitali – dla noworodków, dzieci, seniorów – przekazywany wszędzie tam, gdzie to jest potrzebne – jest wielkim świętem prawdziwej SOLIDARNOŚCI – takiej, jaką pamiętam z lat osiemdziesiątym – świętem wszystkich – bez podziałów. Zawdzięczamy to Jurka umiejętności rozmawiania ze wszystkimi, talentom organizacyjnym, pracowitości, wytrwałości w trwaniu w podjętych zobowiązaniach, niezwykłej pomysłowości, niezłomnemu charakterowi, niezależności i co też bardzo ważne – poczuciu humoru.

A Jego pomysłem jest też to, że dla nas wszystkich jest JURKIEM a nie JERZYM OWSIAKIEM.

I za to wszyscy dziękujemy Jurkowi –„do końca świata i jeden dzień dłużej” – z całego serca.

fot. Archiwum Muzeum Manggha

2019

Adam Wajrak

W 2019 roku Nagroda im. Andrzeja Wajdy przyznana została Adamowi Wajrakowi – dziennikarzowi, pisarzowi, a przede wszystkim wieloletniemu działaczowi na rzecz ochrony przyrody. Uroczystość wręczenia Nagrody odbyła się 30 listopada w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manngha w Krakowie.

Aktywność Adama Wajraka nie zamyka się w minionych kilku latach, kiedy to Laureat stał się szeroko rozpoznawalny za sprawą portali społecznościowych i poczytnych książek. Urodził się w 1972 roku w Warszawie, gdzie wychowywał się na Żoliborzu. Jak mówił w wywiadzie sprzed lat: „Mieszkając w Warszawie, miałem alergię na wszystkie zwierzęta – kichałem, prychałem i nie mogłem mieć psa czy kota. Z babcią do spółki zaczęliśmy sprowadzać różne ptaki, na początku jakiegoś zdychającego gołębia, wróbla i gdy rodzice zobaczyli, że mi to nie szkodzi, to mieliśmy bociana w kuchni, sowę w moim pokoju, wronę na balkonie. Zwierzęta były zawsze, ale to zawsze…”.

Adam Wajrak zawdzięcza swojej rodzinnej okolicy nie tylko wczesne rozbudzenie świadomości ekologicznej, ale także inicjację w działalność opozycyjną i społecznikowską. Pod koniec lat 80., jako nastolatek, angażował się w akcję wyborczą swojego sąsiada, Jacka Kuronia, wspólnie z kolegami rozwieszając nielegalne plakaty solidarnościowe i kolportując ulotki: „Za Jackiem ciągnęła się fama bohatera i radykała, którego boi się komuna. Można trochę nas porównać do książkowych chłopców z placu Broni. Chcieliśmy pokazać, do kogo należy dzielnica. Mocno oddziaływała na nas cała symbolika: sąsiad Kuroń, a kilkaset metrów dalej grób ks. Popiełuszki i msze za Ojczyznę. Stąd ten zapał do pogoni za czerwonymi, rozlepianie plakatów, udział w happeningach Pomarańczowej Alternatywy”. W latach 90. Adam Wajrak zaangażował się w rozwijający się ruch ekologiczny, zwłaszcza tę jego gałąź, która oprócz bezpośrednich działań ochronnych zagrożonych terenów (nie zawsze w duchu biernego oporu), rozwijała filozoficzne i duchowe teorie relacji człowieka z naturą. Biorąc sobie do serca przykazanie Jacka Kuronia, aby zawsze stawać po stronie słabszych, w 1997 roku przeniósł się do Puszczy Białowieskiej, żeby jak mówił, „być tam, gdzie są zwierzęta”. Od tego czasu zaczęła się także jego współpraca z „Gazetą Wyborczą”, gdzie do dziś publikuje wspaniałe zdjęcia, a przede wszystkim rzetelne i odważne teksty o ochronie polskiej przyrody. W swojej publicystyce Laureat często śledzi i odsłania ekonomiczne i polityczne interesy, które ingerują w naturalny biorozwój terenów przyrodniczo cennych. Podczas ceremonii wręczenia Nagrody mówił, że kluczowa w działalności ochrony natury jest ludzka solidarność, i podkreślał przy tym, jak bardzo problemy te wpisane są w szeroki kontekst społeczny: „Musimy łączyć nasze siły – nie będzie można walczyć o przyrodę, nie będzie można ratować Puszczy Białowieskiej, bagien, Wisły, wilków, jeżeli nie będziemy mieli demokratycznego państwa, nie będziemy mieli wolnych sądów, nie będziemy mieli sprawiedliwego społeczeństwa. Z drugiej strony żadna konstytucja, żaden trybunał nie przetrwa na zniszczonej planecie”.

Jedną z najważniejszych aktywności społeczno-ekologicznych Adama Wajraka, były działania na rzecz zachowania wyjątkowego ekosystemu Doliny Rospudy: „samo dziennikarskie pisanie na ten temat już nie wystarczało i trzeba było się przypiąć do drzewa – mówił podczas wręczenia Nagrody. – Muszę powiedzieć, że niewiele brakowało, a przypinalibyśmy się tam w dobrym towarzystwie, bo jedną z osób, która zadeklarowała, że przypnie się razem z nami do drzewa, był Andrzej Wajda, który powiedział, że żeby chronić przyrodę, potrzebny jest spektakl, a któż się zna tak dobrze na spektaklu, jak ja.” Wyrazem uznania za zaangażowanie w sprawę obrony Doliny Rospudy było przyznanie Adamowi Wajrakowi Nagrody im. Andrzeja Woyciechowskiego, czy uznanie go przez brukselski dziennik „Europen Voice” za jedną z 50 osób, które wywarły największy wpływ na Europę w 2007 roku. Warto odnotować, że może się także poszczycić m.in. Honorowym Tytułem Przyjaciela Puszczy Białowieskiej nadanym przez Towarzystwo Ochrony Puszczy Białowieskiej, czy tytułem Bohatera Europy, przyznawanym przez wpływowy amerykański tygodnik „Time”. Laureat Nagrody im. Andrzeja Wajdy, w 2014 r. został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Publicystyka Adama Wajraka, to jednak nie tylko reakcje na działania bezpośrednio zagrażające wyjątkowo cennym przyrodniczo miejscom, to także tematy, które uświadamiają nam, że trwają procesy degradacyjne na o wiele większą skalę. Ich efektem jest globalne ocieplenie, do którego redukcji zachęca nas Laureat, nade wszystko jednak przekonująco uświadamia nam, że to możliwe. Zaangażowanie i aktywizm Adama Wajraka, idą w parze z popularyzatorską wykładnią tych ważnych problemów, wybrzmiewającą z licznych książek, pisanych (często wspólnie z żoną Nurią Selva Fernandez) dla dzieci i młodzieży. Ich wielka poczytność pozwala nam mieć nadzieję, że kolejne pokolenia z większą odpowiedzialnością podejdą do tematu ochrony przyrody, a przede wszystkim, że świadomość jej wartości wynikać będzie z autentycznego przeżycia i przywiązania.

Adam Wajrak Nagrodę zadedykował „wszystkim obrończyniom i obrońcom polskiej przyrody”. Mamy nadzieję, że ich krąg będzie się stale powiększał.

Laudacja dla Adama Wajraka

dr Michał Jasieński

30 listopada 2019, Muzeum Manggha w Krakowie

Po pierwsze, chcę uzasadnić, dlaczego mam czelność stać przed Państwem, ale to jest akurat łatwe do wytłumaczenia. Zaszczyt wygłoszenia laudacji padł na mnie ponieważ, jak sądzę, mój czcigodny Ojciec, Ksawery Jasieński (o jeden krok w genealogii bliższy niż ja Feliksowi „Manggha” Jasieńskiemu), znany był przez lata jako głos czytający telewizyjne filmy przyrodnicze. Miłościwie nam panująca Pani Prezes Fundacji Kyoto – Krakow uznała, że jest to wystarczająca rekomendacja.

Po drugie, chciałbym przekonać Państwa, dlaczego nagroda za działalność proekologiczną byłaby tak bardzo bliska Andrzejowi Wajdzie. Mianowicie, on uwielbiał argumenty naukowe! W czasie, gdy Andrzej i Krystyna Wajdowie robili w Teatrze Starym „Z biegiem lat, z biegiem dni” (w 1978 roku) oraz „Antygonę” (w 1984), a ja studiowałem na UJ-ocie biologię, opowiadałem Andrzejowi o nowych prądach w biologii. Był zafascynowany ideą tzw. samolubnych genów. Wspominał także wtedy swoje dawne lektury Karola Darwina – mam dzisiaj na półce, jako prezent od niego, egzemplarz „O pochodzeniu człowieka”, który czytał jako młody człowiek. Andrzej żywo interesował się także badaniami nad zdrowiem kobiet prowadzonymi przez moją żonę Grażynę. A zwierzęta po prostu uwielbiał. W domu Krystyny i Andrzeja Wajdów na Żoliborzu zwierzęta były zawsze obecne, głównie pod postacią psów i kotów. Przez pewien czas rezydentem w ich domu była też sroka.

Ale po trzecie i najważniejsze – chciałbym uzasadnić dlaczego Fundacja Kyoto – Kraków nie miała żadnych wątpliwości, że dzisiejszy laureat jest wyborem oczywistym. Andrzej byłby zachwycony celnością wyboru przez Fundację Adama Wajraka jako laureata nagrody imienia Andrzeja Wajdy.

Adam Wajrak ma wielki wpływ na postrzeganie przez nas ekologii. Nie tej, której absurdalnym przykładem stała się walka z kornikiem w ukochanej przez Niego Puszczy Białowieskiej, z użyciem harwesterów, monstrualnych maszyn do wycinki. Ale tej ekologii, która polega na rozumieniu tego, co się dzieje w przyrodzie i docenianiu znaczenia przyrody dla człowieka. Po latach swoich niestrudzonych działań Adam Wajrak stał się symbolem pewnej filozofii życia oraz wręcz ucieleśnieniem idei szacunku dla przyrody. Ale dlaczego to co robi Adam Wajrak jest tak ważne? Oto kilka przykładów.

Adam Wajrak mówi po prostu „redukuję mój ślad”, „robię coś drobnego, ale ważnego, dla planety”. Na przykład „nie drukuję biletów kolejowych”. Ale co ma na myśli mówiąc „ślad”? Ślad czego? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę wyjaśnić, że obiecałem organizatorom, iż, ze względu na zdrowie psychiczne naszych wspaniałych tłumaczy, nie będę używać terminów bardzo specjalistycznych. Ślad dotyczy naszego wpływu na środowisko, mierzonego gazami, które produkujemy. Nie, nie tymi, które mają Państwo na myśli… Chodzi o gazy zwane cieplarnianymi.

A więc zgoda: nie wspomnę o gazach nieznanych gawiedzi. Nie wspomnę o podtlenku azotu. Nie wspomnę o chlorodifluorometanie. Bo chodzi, po prostu, o dwutlenek węgla, którego ludzkość produkuje rocznie 36 mld ton. Jak to możliwe, może ktoś zapytać, skoro dwutlenek węgla to gaz, a gaz nic nie waży… Ale tym niemniej ludzkość powinna produkować go znacznie mniej, żeby ograniczyć globalny wzrost temperatury. A więc, w ślad za naszym laureatem: redukujmy ślad. Ale jak to zrobić?

Napędza go wiara w to, że drobne działania, pomnożone przez miliony osób, wcielających je w życie na co dzień, mogą mieć wielkie efekty. Adam Wajrak pyta nas: czy naprawdę musimy czekać na ustawy zmieniające naszą dietę (jedzenie drobiu zamiast wołowiny), obyczaje w łazience (zakręcanie wody podczas mycia zębów), albo w pracy (unikanie kserowania wszystkiego co możliwe)? Nie możemy tak sami z siebie? Jeżeli nam się uda, nasz laureat będzie z nas dumny.

Adam Wajrak pięknie dokumentuje przyrodę fotografią oraz jest autorem lub współautorem (często pisanych wspólnie z żoną Nurią Selva Fernandez) wielu książek o tematyce przyrodniczej, takich jak „(Za)piski Wajraka”, „Zwierzaki Wajraka”, „Kuna za kaloryferem, czyli nasze przygody ze zwierzętami”, „Umarły las”, albo “Wilki”. Wśród bardzo licznych nagród i wyróżnień wymienię tylko kilka, które zrobiły na mnie wielkie wrażenie: tytuł „Przyjaciela Przyrody” nadany przez Pracownię na rzecz Wszystkich Istot w 1993 roku, Honorowy Tytuł Przyjaciela Puszczy Białowieskiej nadany przez Towarzystwo Ochrony Puszczy Białowieskiej, honorowe obywatelstwo Rzeczypospolitej Ptasiej (2011), czy też wyróżnienie Bohatera Europy przyznane w 2005 roku przez amerykański tygodnik „Time” za obronę środowiska naturalnego.

Adam Wajrak porusza w swoich tekstach kwestie fundamentalne. Na przykład takie:

Pszczółce Mai brak trzeciej pary nóżek lub, jak kto woli, rączek. Czy jednak dzieci kochałyby Maję, gdyby miała trzy pary odnóży? (1997).

Nota bene, nie daje jasnej odpowiedzi na to pytanie, ale jest to sprawa testowalna empirycznie.

Pomaga nam także w wyrobieniu poglądu na wiele kwestii, których, bez jego doświadczenia, nie moglibyśmy zrozumieć:

Te wszystkie opowiastki o groźnych wilkach włóżcie między bajki. Jakoś tak dziwnie się składa, że mrożące krew w żyłach przygody zdarzają się myśliwym, czyli tym, którzy chcą wilki zabijać. Nikt, kto wilki tropi, obserwuje, bada i naprawdę często je spotyka, takich przygód nie ma. Nie wierzcie więc w te myśliwskie bajania, a szczególnie nie powinni wierzyć w nie dziennikarze. Nie powtarzajcie ich”.

Niedawno pisał, dlaczego warto przejmować się tygrysami i pokazał szerszy kontekst tej znanej wszystkim historii, czyli haniebny proceder globalnego handlu dzikimi zwierzętami. W przypadku tygrysów – napędzany jest on ciemnotą i zabobonną wiarą w magiczne właściwości tygrysiego penisa. Oj, no nie – użyłem w laudacji słowa „penis”. O rany – użyłem dwa razy słowa „penis”. Ale przecież, tak naprawdę, to słowo to był tylko cytat z tekstu czcigodnego laureata!

No i, na zakończenie, cytat dla inspiracji, albowiem Adam Wajrak ma duszę poety, ale poety zaangażowanego. W tekście „Dzikości Wam życzę!” tak pięknie pisał do młodzieży uczestniczącej w tegorocznym festiwalu w Kostrzynie nad Odrą. Usłyszymy w tym nuty filozofii Jurka Owsiaka (zeszłorocznego laureata nagrody im. Andrzeja Wajdy). Filozofii, która przekonuje, żeby nikogo do niczego nie zmuszać.

Jak co dzień zagłębiłem się w Puszczę. Wlazłem między drzewa, które rosną, jak chcą i umierają, kiedy przyjdzie na nie czas, a nie wtedy, gdy decyduje o tym tabelka leśniczego i piła drwala. Poszedłem między mchy i porosty, które porastają te drzewa, gdzie im się podoba, między grzyby, które wyłażą i rozrastają się, jak chcą… Puszcza, która zawsze tętni życiem, która jest taka piękna i fascynująca właśnie dlatego, że nikt jej nie posadził i nie kontroluje i dla mnie jest kwintesencją przyrody. A przez to, że jest nieprzewidywalna, niepowtarzalna i różnorodna, daje to, co poza miłością, jest najważniejsze w życiu, czyli przygodę.

Adam Wajrak
fot. Karol Kras

2020

Janina Ochojska-Okońska

Trzecią laureatką nagrody im. Andrzeja Wajdy w 2020 roku została Janina Ochojska-Okońska, polska działaczka humanitarna, prezes Polskiej Akcji Humanitarnej.

Urodziła się w 1955 r. w Gdańsku. Swoją działalność społeczną i polityczną rozpoczęła w 1976 r., angażując się jako opozycjonistka, uczestnicząc w wykładach Towarzystwa Kursów Naukowych i kół samokształceniowych oraz kolportując niezależne książki i prasę. Od 1980 r. w NSZZ „Solidarność”, po wprowadzeniu stanu wojennego związała się także z Rejonowym Komitetem Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności, Zwolnionym z Pracy i ich Rodzinom w Toruniu. W 1980 r. ukończyła astronomię w Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu i aż do 1984, roku wyjazdu do Francji, pracowała w toruńskiej Pracowni Astrofizyki PAN.

Janina Ochojska od wczesnego dzieciństwa zmaga się z niepełnosprawnością (skutek choroby Heinego-Medina). Nasilające się problemy z kręgosłupem, sprawiły że we wspomnianym roku, znalazła się w Lyonie, gdzie przeszła skomplikowaną operację, niemożliwą wtedy do wykonania w Polsce. Podczas rocznego pobytu we Francji, nawiązała kontakt z przedstawicielami lyońskiej organizacji humanitarnej EquiLibre. Po powrocie do kraju, została jej wolontariuszką, gdzie koordynowała francuską pomoc medyczną i żywnościową dla polskich szpitali, a w niedługim czasie później została współzałożycielką Polskiej Fundacji EquiLibre. Za swój cel fundacja postawiła sobie rozdzielanie w Polsce pomocy zagranicznej oraz propagowanie wzorów samoorganizacji społecznej. Z biegiem lat EquiLibre rozszerzyła teren swoich działań o kolejne kraje zagrożone kryzysami humanitarnymi. W 1992 r. Janina Ochojska organizowała konwoje wsparcia dla Bośni, a także uczestniczyła w akcji ewakuacji dzieci (wraz z opiekunkami) z tamtejszych terenów do Francji. Jej apel do Polaków o pomoc ludności oblężonego Sarajewa spotkał się z ogromnym, pozytywnym odzewem, dzięki czemu w szybkim czasie mógł zostać zorganizowany i wyruszyć w drogę pierwszy polski konwój. Konflikt bałkański, którego była bezpośrednią obserwatorką, zaważył na jej decyzji o poświęceniu się działalności charytatywnej.

W 1994 roku zdobyte doświadczenie pozwoliło jej na stworzenie niezależnej organizacji pomocy i rozwoju – Fundacji Polska Akcja Humanitarna (PAH), w której do dziś sprawuje funkcję prezesa zarządu. Po Bośni przyszły kolejne działania: konwoje, kopanie studni, pomoc doraźna w obozach uchodźczych, edukacja. Zakres i globalna skala pomocy od samego początku budzą respekt wobec działań Ochojskiej i powadzonej przez nią organizacji.

W ciągu 26 lat istnienia PAH udzieliła pomocy ofiarom konfliktów zbrojnych i katastrof naturalnych mieszkańcom 44 krajów, m.in. Kosowa, Czeczenii, Iraku, Iranu, Libanu, Sri Lanki, Afganistanu, Sudanu, Darfuru, Autonomii Palestyńskiej, także Ukrainy i wielu innych, zarówno bardziej jak i mniej odległych miejsc. Zasady przyjęte w PAH stanowią dekalog, który powinien być przyjęty nie tylko w organizacjach humanitarnych, ale każdej grupie działającej dla pożytku innych: „budować wspólnie przyszłość, wspierać, a nie zastępować w działaniach, współpracować z lokalnymi władzami i organizacjami, żeby nie potęgować anarchii przez wprowadzanie własnych rozwiązań, szanować lokalne zwyczaje, znać historię i sytuację w danym rejonie, pracować w duchu solidarności i z wiarą, że każdy, nawet najmniejszy dobry czyn powiększy dobro świata, w którym żyjemy”. PAH kierując się zasadami bezstronności, neutralności i niezależności, ma na celu przede wszystkim ochronę życia ofiar kataklizmów oraz umożliwianie im jak najszybszego powrotu do godnego życia.

Za swoją działalność Janina Ochojska została doceniona i wyróżniana najważniejszymi nagrodami krajowymi i europejskimi, m.in.: tytułem „Kobiety Europy” przyznanym przez Komisję Wspólnot Europejskich (1994), Medalem św. Jerzego  przyznawanym przez „Tygodnik Powszechny” (1994), nagrodą Pax Christi International Peace Award (1995), Nagrodą Fundacji im. Atsuhito Nakaty (1996), Orderem Kawalera Legii Honorowej przyznawanym przez Prezydenta Republiki Francji (2003), Nagrodą im. ks. Józefa Tischnera (2006), odznaczeniem Bene Merito przyznawanym przez Ministra Spraw Zagranicznych (2009), Nagrodą im. Jerzmanowskich (2009) czy Nagrodą Lecha Wałęsy (2010) za wieloletnie promowanie idei międzyludzkiej solidarności poprzez działania charytatywne, także tytułem honorowego obywatela m.st. Warszawy (2018) oraz Nagrodą Transatlantyk Glocal Hero (2018). W 2011 roku została odznaczona Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski przyznanym przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Bronisława Komorowskiego.

W 2019 roku uzyskała mandat posłanki do Parlamentu Europejskiego IX kadencji, gdzie oprócz kwestii związanych z pomocą humanitarną i rozwojem, angażuje się w sprawy systemu ochrony zdrowia, zwłaszcza pomocy osobom niepełnosprawnym (w tym ich aktywizacji zawodowej i poprawy jakości edukacji).

Laudacja dla Janiny Ochojskiej

Henryk Woźniakowski

30 listopada 2020, Muzeum Manggha w Krakowie

Często powraca do mnie motyw unieruchomienia, niemożności poruszenia ani ręką ani nogą” – mówi Janka wspominając długie miesiące spędzone w dzieciństwie w respiratorze Drinkera zwanym „żelaznym płucem”, w gipsowych gorsetach, w wymuszonym bezruchu po kolejnych operacjach. Jak to się stało, że ta dziewczynka przykuta do łóżka szpitalnego i do wózka inwalidzkiego przeszła tak niesamowity kawał drogi? W jaki sposób stała się liderką prowadzącą zgrane zastępy pomocy humanitarnej do trudno dostępnych, bliższych i najodleglejszych miejsc na ziemi dotkniętych katastrofami naturalnymi i licznymi nieszczęściami, które – jak wojny i czystki etniczne – pochodzą z ręki i woli ludzi?

Polska Akcja Humanitarna, dzieło życia Janki, objęła pomocą blisko 10 milionów osób w 44 krajach. 10 milionów! Niejeden z nas na Sądzie Ostatecznym będzie z dumą eksponował swoje dobre uczynki – posłałem komuś paczkę… Oddałem stare ciuchy do schroniska dla bezdomnych… zawiozłem resztki z biesiady do banku żywności – Panie Boże… przecież pomogłem kilku osobom!

Wśród 10 milionów, które przyprowadzi na Sąd Janka, będą Bośniacy i inne ofiary wojny bałkańskiej – z różnych stron. Także Serbowie! Będą tam Czeczeni, Afgańczycy, ofiary konfliktów w Darfurze, Sudanie, w Syrii i w Ukrainie, będą Palestyńczycy – ale także Żydzi i Libańczycy, którzy stracili wszystko znalazłszy się w obszarze działań zbrojnych. Przyjdą z Janką Irańczycy, Haitańczycy i Nepalczycy dotknięci straszliwymi trzęsieniami ziemi, Irakijczycy prześladowani przez tzw. Państwo Islamskie, ocaleni mieszkańcy ogarniętej suszą Somalii i Kenii, Indonezyjczycy i Filipińczycy, którym Janka dała domy i szkoły w miejsce tych zrujnowanych przez tsunami i huragan. Staną także za Janką Polacy: pielgrzymi z Kazachstanu, repatrianci, ofiary pamiętnej powodzi dziewięćdziesiątego siódmego roku, rzesza dzieci dożywionych w ramach akcji „Pajacyk”. Staną za nią bieżeńcy z różnych miejsc na ziemi, którzy dzięki Centrum Pomocy Uchodźcom PAH-u znaleźli w Polsce trwałą przystań.

Jankę w młodości pociągały gwiazdy. Nieogarniona przestrzeń kosmosu, jego struktury i dynamika opisywane językiem matematyki, bliskim i dobrze znanym jej ścisłemu umysłowi. „Wiekuista cisza tych nieskończonych przestrzeni” nie przerażała jej. Zrozumieć i wyjaśnić któreś z niezliczonych tajemnic wszechświata było ambicją i marzeniem Janki. Można było sądzić, że jej udziałem będzie taki naukowy eskapizm, do jakiego miała zarówno dobre powody jak i zdolności – ucieczka od dotkliwości życia w dziedzinę pasji, w której liczy się tylko siła intelektu i wyobraźni oraz pracowitość, a tych nigdy jej nie brakowało.

Na przeszkodzie takiemu rozwojowi wydarzeń stanęła jednak inna pasja Janki, która kazała jej porzucić PAN i karierę astronoma.

fot. Karol Kras

„Posiadam niewątpliwie jeden talent – mówi w rozmowie z Ignacym Dutkiewiczem. – (…) Otóż uwielbiam poznawać ludzi i potrafię łączyć ich ze sobą. Umiem znajdywać osoby wyznające podobne ideały i zapalać je do wspólnego działania, do robienia rzeczy, które wydają się niemożliwe”.

Janka miała zarówno pasję do ludzi jak i szczęście do nich, co nieraz podkreśla. Spotykała niezwykłe postacie na swojej drodze. Ale szczęściu trzeba umieć pomóc – a Janka potrafiła i dzięki temu jej spotkania tak obficie owocowały. Najpierw towarzyszył jej doktor Lech Wierusz ze świebodzińskiego sanatorium, który pomógł jej pogodzić się z niepełnosprawnością, więcej: traktować ją jako swego rodzaju wyróżnienie. Profesor Jan Sobociński odkrył jej talent do nauk ścisłych. Dzięki starszym i młodszym przyjaciołom – Magdalenie i Bożenie Dokurno, Janowi Młynarczykowi, Janinie Maj i wielu innym – przezwyciężyła swoją samotność i nawiązała trwałe przyjaźnie. Środowisko duszpasterstwa akademickiego ukształtowało ją duchowo. Wybitny jezuita, o. Władysław Wołoszyn, pomógł Jance odnaleźć wiarę – nie sentymentalną wiarę uczuć, ale tę opartą na przekonaniach. On też skierował ją na ścieżkę, na której później uświadomiła sobie swoje właściwe powołanie i zadania. Środowisko Solidarności, legalnej i podziemnej dało jej poczucie sensu działania. Przyjaciele francuscy: doktor Charles Picault, jeszcze nie znając Janki! – uzyskał fundusze na jej przełomową operację od francuskiego rządu; Alain Michel, twórca Amitié Pologne a potem Fundacji EquiLibre, wprowadził ją w krąg osób, z którymi Janka rozpoczęła swoją odyseję pomocy humanitarnej.

Janka jest jednak osobą, której najbliższym i nieodstępnym towarzyszem życiowym jest ból i cierpienie. Sądzę, że większości spośród nas trudno wyobrazić sobie doznania związane z czterdziestoma, nieraz bardzo skomplikowanymi operacjami, miesiącami unieruchomienia, rehabilitacji, powracaniem do sił i ponowną ich utratą. Ból, jak twierdzi Platon w Filebie, jest zawsze doznaniem rzeczywistym i w tym sensie jest zawsze prawdziwy w przeciwieństwie do świadectwa innych naszych zmysłów albo do naszych mniemań o świecie, o dobru czy sprawiedliwości, które bywają zwodnicze. Nieżyjący już wybitny filozof Wojciech Chudy, często obecny na łamach „Znaku”, osoba w naszym kontekście bardzo wiarygodna i kompetentna, bowiem w zakresie niepełnosprawności porównywalna ze Stephenem Hawkingiem, pisał: „Horyzont przygodności, w którym żyją ludzie niepełnosprawni, jest ich codziennością. (…) Cierpienie, bezradność, zagrożenie życia, lęk, zależność od innych – to dane ich codziennej kondycji świadomościowej. Fenomenologicznie rzecz biorąc, osobom niepełnosprawnym jest zadany, jako stała struktura świadomościowa, horyzont przygodności, w którym szczególnie silną znaczeniowo rolę odgrywa przygodność egzystencjalna”. A dalej: „znane z teorii psychologicznych prawa kompensacji i sublimacji stanowią o nowych i nieoczekiwanych źródłach energii życiowej u osób niepełnosprawnych. Ludzie ci są w stanie niejednokrotnie przekroczyć ograniczenia stwarzane przez ułomność i przy owym wyraźnym motywie przezwyciężania stwarzać nowe ogólnoludzkie czy osobiste wartości. (…) Niepełnosprawność staje się w przypadkach tego typu przyczyną swoistego dodatkowego dobra. (…) Powstaje wtedy – jak to określił Teilhard de Chardin – „naddatek ducha zrodzony przez uszkodzenie ciała”.

Muszę powiedzieć, że Nietzscheański aforyzm, który urósł do rangi obiegowej „mądrości” – wedle którego „co nas nie zabije, to nas wzmocni” zawsze budził we mnie głęboki opór. Na ogół życie mu zaprzecza, a ludzie, przytłoczeni nieszczęściami i przeciwnościami, które ich nie zabijają, lecz które ich przerastają i zatruwają, stopniowo obumierają, jak drzewo, którego korzenie zalano asfaltem. Czy jednak Janka nie jest żywym dowodem na rację Fryderyka Nietzschego? Powiedziała przecież w rozmowie z Wojtkiem Bonowiczem: „…to, co mogę zrobić, to zmniejszyć obszar cierpienia (…) zobaczyłam, że cierpienie może wytwarzać dobro, że przyjmując je i jednocześnie je przezwyciężając (podkr. HW) człowiek może dawać dobre rzeczy innym (…) kiedy cierpienie trafia we właściwe miejsce, na właściwych ludzi, wydobywa z nich to, co w nich najlepsze i czym mogą obdarować innych”. „Życie to dar. A kalectwo jest jego częścią” – mówi w innym miejscu. Co za wspaniała dialektyka! Przyjmując i jednocześnie przezwyciężając cierpienie! Bo przecież „Zaakceptowanie własnej niepełnosprawności to była walka. Do miejsca, w którym jestem, szłam długo i nie była to droga usłana różami”. Janka stwierdza to samo, co Stanisław Brzozowski w swoim Pamiętniku, którego słowa, nawiasem mówiąc, stały się jednym z drogowskazów życiowych dla Józefa Czapskiego: „Nie stoicka nietykalność, ale przezwyciężenie ran odczutych”. Trzeba odczuć ranę i ją przezwyciężyć. Janka przezwycięża swoimi słowami – a zarazem całym swoim życiem – nie tylko własne rany, własny ból, ale zarazem unicestwia nietzscheańską filozofię mocy z jednej strony a z drugiej – stoicką apateję czy ataraksję. Przezwycięża je w kierunku najczyściej, najbardziej krystalicznie chrześcijańskim. I otwiera perspektywę szczęścia, bowiem „szczęście – tak jak ja je rozumiem – nie polega na usunięciu bólu, choroby, niepełnosprawności czy innych problemów. Ale raczej na przyjęciu, że one dokądś mnie prowadzą. A dokładniej – że otwierają mnie na innych – mówi Janka. Czyli szczęście to cierpienie przezwyciężone nadzieją? – pada pytanie Wojtka Bonowicza. I Janka odpowiada: Można tak powiedzieć. Choć nie samą nadzieją, ale również – działaniem.

A więc na koniec trzeba jeszcze powiedzieć kilka słów o takim działaniu, jakie wyłania się z relacji Janki. Przede wszystkim działania humanitarne, żeby być skuteczne i nie marnotrawić ludzkiego zaangażowania i innych zasobów, muszą być drobiazgowo planowane, prowadzone konsekwentnie i długofalowo (stąd też stałe misje ustanawiane przez PAH w wielu krajach), profesjonalnie – choć z cennym udziałem wolontariuszy. Pomoc humanitarna jest obszerną gałęzią wiedzy praktycznej. Trzeba się strzec sentymentalizmu. Nie oczekiwać wdzięczności – choć przyjmować ją z otwartym sercem, gdy się pojawia. Nie zawsze przyjaźnić się z odbiorcami: to bywa przeszkodą! Ale trzeba ich lubić i w ogóle lubić ludzi. Właściwa, mądra pomoc daje to, czego odbiorcy naprawdę potrzebują, ale czyni to w sposób, który nie tylko nie uwłacza ich godności, lecz przeciwnie: chroni ją i umacnia. I – co idzie w parze – przywraca nadzieję, bez której żyć niepodobna. Dawanie jałmużny przynosi więcej szkody niż pożytku. Dlatego adresaci pomocy, jeśli się da, winni być aktywnymi partnerami i uczestnikami prac – przy budowie studzien czy zbiorników wodnych, których PAH stworzyła około tysiąca, przy wznoszeniu domów i szkół. Takie partnerstwo pozwala odtwarzać więzi zniszczone w społecznościach przeoranych wojną lub katastrofą. Trzeba docierać bezpośrednio do potrzebujących i koncentrować się na sprawach podstawowych, takich jak woda, elementarna higiena, dach nad głową i edukacja. PAH zbudowała ok. 60 szkół w różnych częściach globu. Janka kładzie wielki nacisk na edukację – kształcenie w obozach dla uchodźców czy domach sierot wojennych – ale także na edukację ad intra, w Polsce, na takie prowadzenie zbiórek społecznych w kraju, by przyczyniały się one do wzrostu świadomości o ludzkich biedach. To wszystko jest firmową pieczęcią PAH.

Pomoc humanitarna wiąże się z rozstrzyganiem wielu dylematów o charakterze politycznym, jakie stwarza m.in. wymóg bezstronności, wymóg hermetycznego oddzielenia pomocy od obrony innych praw człowieka, stosunek – a raczej dystans – do sił stabilizacyjnych działających na terenie danego konfliktu, konieczność negocjacji z lokalną często straszliwie skorumpowaną biurokracją. Trzeba dokonywać szybko trudnych wyborów i podejmować stanowcze decyzje. Jance się to udawało. Z niewielkimi wyjątkami – osiągała wyznaczone sobie cele. Dlatego nie wątpię, że osiągnie te cele i teraz, w Parlamencie Europejskim, w którym, jak pisze: „pragnę skupić się na czterech sprawach: skutecznej pomocy humanitarnej w Polsce i poza naszymi granicami, reprezentowaniu osób z niepełnosprawnością, pracy na rzecz organizacji pozarządowych, i walce z zanieczyszczeniem środowiska (…) Chcę też przywrócić właściwe znaczenie słowu „polityka”. Wierzę, że polityka może być prowadzona w sposób etyczny, a jej nadrzędnym celem powinno być tworzenie wspólnego dobra”.

Janko, niechby ta nagroda była drobnym przyczynkiem do sukcesów na tych czterech a właściwie pięciu ścieżkach, którymi zmierzasz do celu w Parlamencie i w życiu, naprawiając okaleczony świat. Żebyś na tych drogach nie spadła już nigdy w przepaść, jak Ci się to zdarzyło w okolicach Sarajewa, a jeśli dostaniesz się kiedyś ponownie pod ostrzał – niech to będzie wyłącznie ostrzał rozsądnych argumentów. Tego Ci z całego serca, najgoręcej życzę!

Henryk Woźniakowski

Nie rozwiążemy największych wyzwań stojących przed Europą i światem – związanych z migracjami, jakością ochrony zdrowia, starzeniem się społeczeństw czy ochroną klimatu – z poziomu tylko krajowego parlamentu.

Janina Ochojska-Okońska o swojej obecności w PE.
Andrzej Zoll, Krystyna Zachwatowicz-Wajda, Dariusz Popiela

2021

Dariusz Popiela

Czwartym laureatem nagrody im. Andrzeja Wajdy w 2021 roku został Dariusz Popiela, kajakarz, działacz na rzecz upamiętniania żydowskiej społeczności w Polsce, prezes Fundacji Rodziny Popielów Centrum, inicjator projektu Ludzie, nie liczby.

27 listopada 2021, Muzeum Manggha w Krakowie

Szanowni Państwo Drodzy Przyjaciele,

Nie umiem znaleźć słów na wyrażenie moich uczuć dziś, kiedy wręczamy nagrodę imienia Andrzeja Wajdy – nagrodę za ważne działania społeczne.

Jest to nagroda Fundacji, którą ustanowił w 1988 roku i której cel nie miał nic wspólnego z Jego pracą w teatrze i filmie. Celem było zbudowanie muzeum dla sztuki japońskiej – Manggha. Fundacja RODZINY POPIELÓW, którą powołał nasz tegoroczny laureat pan Dariusz Popiela także nie ma nic wspólnego z Jego zawodem (ukończył prawo w Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego) i Jego pasją – kajakarstwem górskim. Powołanie tej Fundacji jest wynikiem Jego wrażliwości społecznej i determinacji w działaniach na rzecz uporządkowania zniszczonych cmentarzy żydowskich i upamiętnienia pochowanych tam naszych żydowskich sąsiadów.

Wiem jakie spotyka trudności , z jaką spotyka się obojętnością a także wrogością, ale też jak odnajduje sprzymierzeńców dla swojej wspaniałej działalności.

Chciałabym tutaj powitać żonę pana Dariusza – panią Kamilę. Wiem najlepiej co znaczy rozumiejące się małżeństwo. I chcę podziękować jej za to, że tak wspiera swego męża i jest Jego najważniejszym sprzymierzeńcem. Sprzymierzeńcem w tak trudnej walce z polskim antysemityzmem.

Ostatnie, obrzydliwe wydarzenie w Kaliszu uświadomiły, że w naszym kraju antysemityzm jest coraz większym zagrożeniem . Cichcem popierany przez władze , tolerowany przez Kościół, nie potępiany przez edukację – podnosi łeb jak w latach przed druga wojną.

Dlatego też działania Dariusza Popieli są teraz tak ważne. Dziękujemy mu za nie i chcemy tą nagrodą wyrazić nasz podziw i przyłączyć się do Jego działań. Andrzej Wajda filmami dawał wyraz swoim jednoznacznym poglądom na polski antysemityzm. Nie ma Go z nami – ale jest we mnie pewność, że byłby szczęśliwy z decyzji naszej Fundacji o nagrodzie dla Dariusza Popieli.

Krystyna Zachwatowicz-Wajda

Laudacja dla Dariusza Popieli

Wojciech Ornat

Trzy tygodnie temu kiedy miałem zaszczyt poznać osobiście Pana Dariusza Popiele na uroczystości zorganizowanej przez niego – na cmentarzu żydowskim w Nowym Targu, odsłonięcia tablic – macew z nazwiskami pomordowanych żydowskich mieszkańców Nowego Targu, jedna z uczestniczek tej uroczystości ocalona z Holokaustu, Pani Anna Janowska w swoim wystąpieniu powiedziała ze łzami w oczach o Dariuszu Popieli że jest on współczesnym Sprawiedliwym wśród narodów Świata

W prawie wszystkich polskich miastach, miasteczkach i wsiach, przed II wojną światową obok katolików, prawosławnych, protestantów mieszkali Żydzi i w przytłaczającej części mieszkali tam od kilkuset lat, czyli prawie od zawsze, tworzyły się wielowątkowe, wielopokoleniowe więzi, relacje i wydawać by się mogło że to długoletnie sąsiedztwo, wspólne życie, problemy, radości, nieszczęścia, szczęścia są nieusuwalną częścią wspólnej historii, tradycji, kultury, a jednak nie, to co stało się w czasie II wojny światowej – zagłada – holokaust a także barbarzyństwo które dokonywało się po wojnie – wymazało prawie całą społeczność z polskiej rzeczywistości, Nieliczni którzy ocaleli i próbowali wracać do swoich miast, miasteczek, wsi spotykali się z wrogością i nierzadko byli mordowani przez swoich dawnych sąsiadów na progach własnych domów. Pozostały po nich domy,  zrujnowane synagogi i cmentarze. Materialne ślady obecności żydowskiej mimo niszczycielskiej działalności czasu i ludzi w jakiejś części przetrwały ale pamięć o ludziach – wydawało się – uleciała bezpowrotnie, została zatarta i wyparta ostatni świadkowie umarli,  resztki synagog zostały adaptowane na potrzeby nowego życia, podobnie stało się z cmentarzami, często dewastowanymi i profanowanymi, opuszczonymi i zaniedbanymi..

W ciągu ostatnich 35 lat odbyło się w naszym kraju kilka wielkich debat historycznych wokół Holokaustu – pierwsza wywołana artykułem Jana Błońskiego p.t. „Biedni Polacy patrzą na getto” o obojętności i późniejsze wokół książek Jana Tomasza Grossa opisujących współudział Polaków w mordowaniu Żydów w czasie wojny oraz o pogromach i rabunkach powojennych. Debaty te wywoływały ogromne emocje, zarzucano autorom szerzenie nieprawdy i szarganie dobrego imienia Polski i Polaków. Ale późniejsze badania i ustalenia kolejnych  historyków ten wcześniejszy obraz uczyniły jeszcze bardziej ponurym. Jednak na to co działo się w czasie wojny i tuz po niej, nikt z żyjących współcześnie nie miał wpływu ani nie ponosi za to odpowiedzialności. Ale ponosimy odpowiedzialność za to co dzieje się tu i teraz, co dzieje się z cmentarzami co dzieje się z Świątyniami co dzieje się z pamięcią o ludziach którzy żyli tu od kilkuset lat i których bestialskiej śmierci nikt nie pamięta i nie opłakuje. Może nie jest to najlepszy moment aby zastanawiać się dlaczego tak się dzieje, zwłaszcza że mam mówić o człowieku którego życie i działalność jest promieniem słońca w naszej ponurej czarnej rzeczywistości i daje nadzieję że jeszcze nie wszystko stracone. Jan Tomasz Gross w swojej książce „Upiorna dekada „ odnosząc się do eseju Jana Błońskiego przywołuje jeden z głosów polemicznych do zarzutu obojętności Polaków – katolików wobec tragedii Żydów która rozgrywała się na ich oczach – które można streścić w następujący sposób : „Polacy nie pomagali Żydom ponieważ się bali”. Późniejsze badania wykazały że nie tylko nie byli obojętni , nie pomagali ale wielokrotnie aktywnie uczestniczyli w prześladowaniach i mordach na Żydach.

Cmentarze są niezwykle istotnymi miejscami w Polskiej mitologii, kreującą wspólnotę żywych i umarłych – otoczone są szczególnym nimbem, regularnie sprzątane, stare nagrobki pieczołowicie odnawiane, co roku 1 listopada spotykają się na grobach całe rodziny, ale ta pamięć ta szczególna troska dotyczy w zasadzie tylko cmentarzy katolickich, a dokładniej polskich cmentarzy katolickich.

W większości polskich miast były lub są pozostałości cmentarzy żydowskich , to co się z nimi stało po wojnie jest niewyobrażalne. Gdyby wobec cmentarzy żydowskich po wojnie obowiązywała obojętność – którą można by tłumaczyć na przykład brakiem relacji osobistych obecnych żyjących mieszkańców z nieżyjącymi często mordowanymi na ich oczach żydowskimi  sąsiadami, to też pojawiła by się wątpliwość czy jest to do pogodzenia z kulturą i moralnością. Ale mamy tu daleko idące analogie z tym w jaki sposób polskie społeczeństwo traktowało Żydów w czasie wojny z tym co dzieje się teraz. Te cmentarze były masowo dewastowane i profanowane, po wojnie kontynuowano to co robili Niemcy w czasie wojny – używano macew do budowy dróg, budynków użyteczności publicznej a nawet domów mieszkalnych, macewy z piaskowca zyskały również sławę doskonałego materiału do ostrzenia noży. Na wielu cmentarzach (nie ekshumowanych) urządzano parki i skwery miejskie, budowano szkoły, osiedla mieszkaniowe , budynki urzędów państwowych, dworce, baseny, zakłady przemysłowe urządzano targowiska, boiska piłkarskie – kreatywność w użytkowaniu cmentarzy oraz nagrobków zaiste  „imponująca”.

 Dewastowanie cmentarzy żydowskich i ich „gospodarcze” wykorzystywanie brak elementarnego szacunku dla ofiar Zagłady, którzy zostali pozbawieni nawet własnych grobów i po których pozostały jedynie groby ich przodków, wydaje się miało upiorny kontekst.  Niszcząc cmentarze żydowskie likwidowano zarazem pamięć o społeczności. Jak to się ma do tradycji i nauczania kościoła że cmentarze to miejsca święte i nienaruszalne. To temat na kolejną debatę o kondycji moralnej polskiego społeczeństwa.

Od pewnego czasu pojawiają się próby zmiany tego stanu rzeczy. Wśród osób i działań na rzecz przywracania pamięci po żydowskich sąsiadach przed kilkoma laty pojawił się  niezwykły człowiek, którego działalność jest imponująca, heroiczna, wzruszająca – płynąca z głębi serca, jednocześnie skuteczna i spektakularna człowiek który ratuje pamięć i który daje nadzieję że jeszcze nie wszystko stracone.

Pan Dariusz Popiela urodzony 24 lipca 1985 r., jest wybitnym sportowcem, dyscyplina którą uprawia jest niezwykle wymagająca i ekstremalnie trudna – kajakarstwo górskie – osiągnął w niej ponad przeciętne sukcesy, siedmiokrotny mistrz Polski, trzykrotny medalista mistrzostw świata, wicemistrz Europy i Olimpijczyk z Pekinu, jednocześnie ukończył bardzo trudne studia prawnicze, ale to sport doprowadził go do miejsca które zmieniło jego życie a nam daje nadzieje.

Przed wielu laty trenował pod mostem kolejowym na Dunajcu w Nowym Sączu. Nie miał wówczas pojęcia, że z tego miejsca zabierano do obozów śmierci tysiące ludzi. Góry, rzeka, mosty, na które codziennie patrzył z kajaka, były ich ostatnim widokiem. Kiedy dowiedział się o tym mając 20 lat, przeżył szok,  to wtedy po raz pierwszy Prof. Żołądź pokazał mu cmentarz żydowski w Krościenku i jak sam mówi „ Wszedłem na ten cmentarz i już tam zostałem. To jest kawał mojego życia”. Prawie od razu przyjechał z kosiarką, bo nie mógł pogodzić się z tym, że tak wygląda miejsce, w którym pochowani są ludzie: zarośnięte, zapomniane, zdewastowane.

Zawsze interesował się historią, ale był przekonany że dramaty wojenne, Holokaust rozgrywały się gdzie indziej literatura którą czytał opisywała to co działo się w Warszawie w Krakowie, Łodzi, Oświęcimiu, Bełżcu i innych miejscach

Zaczął dostrzegać rzeczy, których nie widział wcześniej, były ukryte, nieoczywiste: okazało się, że trenując na Popradzie niedaleko swojego rodzinnego domu mijał mogiłę rozstrzelanych starosądeckich Żydów. Odkrycie świata żydowskiego w tamtym regionie nie było rzeczą łatwą i oczywistą, ale dość szybko znalazł ludzi którzy zaczęli z nim współpracować – była wśród nich Pani Karolina Panz historyczka z Centrum Badań nad Zagładą Żydów, od niej dowiedział się że istnieje lista 256 nazwisk Żydów z Krościenka którzy zostali zamordowani w czasie wojny. I To cmentarz w Krościenku jako pierwszy został przez niego i współpracujące z nim osoby odnowiony i to tutaj – założona z jego inicjatywy Fundacja Rodziny Popielów, której przewodniczy – rozpoczęła realizację projektu LUDZIE NIE LICZBY.  Na cmentarzu stanęły tablice informujące o losach Żydów z Krościenka na których wyryto nazwiska i wiek  wszystkich pomordowanych – wśród ofiar było 50 dzieci.

Rok później zorganizował uporządkowanie żydowskiego cmentarza w Grybowie. Grybów był dużo większym wyzwaniem, bo upamiętnionych zostało 1774 osób i sam cmentarz znacznie większy i jeszcze bardzie zaniedbany niż w Krościenku. Przy tym projekcie dołączają kolejni ludzie dobrej woli, między innymi Kamil Kmak, który od lat zajmował się historią miasta, stworzył listę ofiar i nawiązał kontakt z potomkami Ocalałych Żydów grybowskich, którzy przylecieli na uroczystość m.in. z Izraela i Stanów Zjednoczonych. Zaangażowało się wiele osób, które dalej chcą troszczyć się o cmentarz. To  istotny element projektu  Dariusza Popieli  wspieranie i angażowanie lokalnych działaczy:.

Chociaż nikt się tego nie spodziewał, na uroczystość odsłonięcia pomnika z wyrytymi nazwiskami pochodzących stąd ofiar Holokaustu przyszło ponad 450 osób.

Kolejny odnowiony cmentarz i upamiętnienie pomordowanych miało miejsce w Czarnym Dunajcu. Na wprost wejścia – stanął pomnik centralny. Lista zmarłych z miasta i okolic. I ostatnio w Nowym Targu.

Dariusz Popiela w realizacje swoich projektów skutecznie włącza lokalne społeczności, zawsze angażuje młodzież – regularnie spotyka się z młodzieżą również w szkołach, opowiadając o swoich doświadczeniach i o swoim projekcie. „Często na takie spotkania zakładam dres z orzełkiem na sercu. „Gościmy dzisiaj olimpijczyka”, zapowiadają mnie nauczycielki,. Mówię, że ten orzełek ma dla mnie niezwykłą wagę, że gdy go dostałem, nie mogłem spać po nocach. Ten symbol to dla sportowca duma. A dziś symbole patriotyczne są szargane. Tłumaczę uczniom, że upamiętnianie polskich Żydów to też działanie na rzecz ojczyzny”  – opowiada w jednym z wywiadów Dariusz Popiela.

Teraz cmentarzami opiekują się wolontariusze, uczniowie i harcerze dzięki czemu projekt jest pełny, bo łączy upamiętnienie z edukacją. Organizował dla młodzieży z Podhala  wyjazd do Bełżca – widząc tam, na głównym pomniku, nazwy miejscowości, z których pochodzą, przeżywają szok, tak jak on, kiedy poznawał historię mojego miasta.

Projekt „Ludzie, nie liczby”, a więc upamiętnianie ofiar Zagłady, jest filarem działalności fundacji Rodziny Popielów . W statucie została zapisana również działalność na rzecz mniejszości – religijnych, etnicznych, seksualnych. Do tego niesienie pomocy, uchodźcom. W  działalność fundacji zaangażowana jest również  żona Dariusza Popieli – Kamila Popiela , osoba niezwykle ciepła i radosna, fantastyczna organizatorka , stoi obok niego,  ramię w ramię i wspiera go w każdej sprawie,

Kiedy pojawiła się nagonka na społeczność LGBT oraz na prawa kobiet Dariusz Popiela nie miał wątpliwości że musi zająć stanowisku i stanąć po stronie słabszych i prześladowanych Wziął między innymi  udział w marszu równości w Nowym Sączu – obok 15 osób, co w bastionie prawicy, jakim jest Sądeckie nie było łatwe. Niestety Jego działalność spotyka się również z niezrozumieniem a nawet z wrogością i agresją , musi mierzyć się z falą hejtu,

Pytany dlaczego  robi to co robi –  przecież to nie twoja historia – odpowiada że również jego, a po za tym tak rozumie CZŁOWIECZEŃSTWO, CHRZEŚCIJAŃSTWO, POLSKOŚĆ

Jego główną ambicją jest powstrzymywanie rozprzestrzeniania się stereotypów, zachowań ksenofobicznych, antysemickich, rasistowskich, dialog wielokulturowy oraz wielowyznaniowy i poszanowanie drugiej osoby. Kolejny test na człowieczeństwo przed którym stanął nasz kraj i którego polskie społeczeństwo w swej masie nie zdaje  – to uchodźcy.

Dariusz Popiela należy do nielicznej grupy aktywistów która z żarliwością ruszyła do działania i niesie pomoc prześladowanym i umierającym na granicy. Organizuje zbiórki najpotrzebniejszych rzeczy dla uchodźców, które pozwolą im przetrwać , przeżyć koszmar w jakim się znaleźli. Na Podhalu ratuje pamięć, na granicy ratuje życie.

Choć Dariusz Popiela mówi o sobie: chrześcijanin, to  instytucje Kościoła katolickiego nie są jego sojusznikiem.  Nieraz  gdy zapraszał księży na cmentarz, pytali: „A co to, Żydzi nie mają rabina?”. Oburza go też piętnowanie przez księży społeczności LGBT i kobiet. Ale odnawianie cmentarzy ma dla niego wiele wspólnego z wiarą. „Mogę udawać, że nie widzę, lub działać i choćby w taki sposób zadośćuczynić potomkom zmarłych. To kwestia empatii wyobrazić sobie, co mogą czuć, widząc zdewastowane i rozkradzione nagrobki swoich bliskich. Tym bardziej, że byli to kiedyś nasi sąsiedzi”.

Aby uratować Sodomę i Gomorę , Abraham wytargował z Bogiem że wystarczy aby znalazło się  10 sprawiedliwych.

My musimy znaleźć jeszcze dziewięciu – jednego sprawiedliwego już mamy.

Wojciech Ornat

List gratulacyjny Mariana Turskiego dla Dariusza Popieli

List Adama Wajraka dla Dariusza Popieli

Wielce żałuję, że nie mogę być z Państwem w czasie tak ważnej chwili jaką jest przyznanie nagrody im. Andrzeja Wajdy, nagrody która dla mnie była wielkim wyróżnieniem. Bardzo i z całego serca gratuluję Dariuszowi Popieli, który tak pięknie łączy przeszłość i teraźniejszości z przyszłością. Który nie tylko ratuje pamięć o starych cmentarzach, ale gdy trzeba rusza na granicę z pomocą. Którego podziwiam i trochę mu zazdroszczę za to jak potrafi prowadzić kajak w rwących górskich rzekach.

Chciałbym Państwu powiedzieć o tym co dzieje się dziś na wschodniej granicy. Tak mamy tam humanitarny dramat i to jest najważniejsze. Dramat w dużej mierze, podtrzymywany sztucznie dla politycznych korzyści. Ludzie tracą zdrowie i życie, bo zostali oszukani przez reżim Łukaszenki, ale też dlatego, bo nasi politycy postanowili zrobić z ich tragedii „polityczne złoto”. Tę hańbę będziemy z siebie zmywać długo.

Ale nie o tym chciałbym Wam powiedzieć, bo przecież wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego ile zła dzieje się na wschodzie naszego kraju. Chciałbym Wam opowiedzieć o czymś zupełnie przeciwnym. O tym, że jest tam też ogromna ilość dobra. I jest go znacznie więcej niż zła. Nie widać go tak bardzo, bo często jest schowane, anonimowe i zamaskowane. Ukryte w podlaskich lasach i domach. Ja sam znam wiele historii, które choć są piękne i dobre nigdy albo nie prędko zostaną opowiedziane.

Wiem, że to dobro czasami widzicie w mediach, ale zapewniam Was, że to co pokazują media to tylko czubek olbrzymiej góry, chciało by się powiedzieć lodowej, ale ona nie z lodu jest zbudowana tylko z samej czystej dobroci, z sumienia, przyzwoitości i skutecznego działania. Pogranicze stało się kolejnym miejscem w którym rodzi się to czego nam tak bardzo w Polsce brakowało. Rodzi się nam prawdziwe społeczeństwo obywatelskie. Czy nie mogło przyjść na świat wcześniej? Nie za bardzo miało jak. Zanurzeni byliśmy przecież w ciepłej wodzie, w której wielu z nas czuło się bardzo dobrze, może za dobrze.

Przychodzi na świat w bardzo wielu różnych miejscach i różnym czasie. Rodzi się w Puszczy bronionej przed wycinką, karpackich lasach, rodzi się na demonstracjach w obronie sądów i klimatu, rodzi się gdy walczymy o niezależne media, prawa kobiet, albo społeczności LGBT. I rodzi się na pograniczu. Rodzi się w mrocznych czasach, rodzi się w odpowiedzi na zło, rodzi się w odpowiedzi na przemoc i dyskryminację, albo zniszczenie środowiska. I nie jesteśmy tu żadnym wyjątkiem. Podobnie było w wielu innych krajach w których społeczeństwo obywatelskie wyłoniło się z mroku i było odpowiedzią na zło, na coś na co przyzwoity człowiek nie mógł się godzić.

To mnie napawa optymizmem, bo żadne polityczne zmiany na ważnych stanowiskach nie zmienią nic, jeżeli nie będziemy mieli świadomego społeczeństwa. A zaczynamy je naprawdę mieć. Jestem przekonany, że dziś stoimy w przededniu zmiany na lepsze, bo na lepsze zmieliło się bardzo wielu z nas. Przestaliśmy być obojętni.

Adam Wajrak

Zdjęcia: Kamil A. Krajewski / Fundacja Kyoto-Kraków

2022

Anna Dąbrowska

Piątym laureatem nagrody im. Andrzeja Wajdy w 2022 roku została Anna Dąbrowska, działaczka społeczna, aktywistka na rzecz praw człowieka i prezes stowarzyszenia Homo Faber.

Laudacja dla Anny Dąbrowskiej

Izabella Chruślińska

 „Czasem jeszcze wypełniam takie dokumenty, napisała niedawno Anka Dąbrowska na swoim blogu, w których pyta się mnie o wykonywany zawód. Przyznam, że zostawiam to pole puste. Bo co miałabym napisać? W bio wysyłanym na potrzeby kolejnych konferencji i spotkań, piszę o sobie „aktywistka na rzecz praw człowieka…”. Czy aktywistka jest zawodem? Wiele moich młodszych koleżanek i kolegów przekonuje mnie ostatnio, że tak. To „full time job”. Jasne, moja praca i praca wielu moich koleżanek i kolegów od ponad roku zajmuje po 12-14 godzin dziennie. Oczywiste jest, że jesteśmy ekspertkami i ekspertami, których specjalistycznej wiedzy potrzebuje ten kraj!”

I inaczej o sobie: „Ale dzisiaj rano w Przemyślu, gdy szłam do młodzieży na warsztaty dotyczące stereotypów, przyszło mi do głowy, że moja praca to jest właśnie takie szycie, łapanie nitek i zszywanie materiału społecznego. Więc może jestem szwaczką…”

Przyjaciele o Ance:

To, w jaki sposób Ania buduje zespoły i w nich tworzy relacje jest ogromną inspiracją. To, że wszystko w jej rękach ulega ciągłemu doskonaleniu również. Przejmująca troska o świat, miejsca, w których z bólem pęka i się rozłazi, nie rozmywa się u niej w dystopijnym żalu, ale przeradza się w nieustające działanie, w ciągłe, mozolne zszywanie.

Katarzyna Macyńska-Komar, Przemyśl

Kobieta czynu, akcji, działania, niecierpliwości i krytycyzmu, ale konstruktywnego. Zwolenniczka prototypowania zamiast gadania. Zróbmy, sprawdźmy. Najwyżej nie wyjdzie, ale będziemy wiedzieli.

Piotr Skrzypczak, Lublin

Cały tekst laudacji dla Anki Dąbrowskiej mogłabym zbudować wyłącznie cytując jej wypowiedzi oraz osób blisko z nią współpracujących. Tak, proszę Państwa, Anki nie Anny – gdyż ten skrót jej imienia znaczy dla mnie – przyjaciel, ktoś nam bliski, a jednocześnie niesie w sobie pewną energię i dynamizm, charakterystyczne dla Anki. Anna brzmi dostojnie i statycznie dla kogoś, kto tak nieustannie, jak ona, pozostaje w ruchu i w działaniu.

Anka Dąbrowska, w mojej ocenie, należy do pokolenia aktywistów, obrońców praw człowieka w Polsce tworzącego inną, nową jakość w pracy społecznej, obywatelskiej, pozarządowej. Jest aktywnie zaangażowana w obronę, często wręcz walkę na rzecz praw człowieka, nazywa siebie animatorką społeczną, związana od 2005 roku ze Stowarzyszeniem Homo Faber, od lat 11 jest jego prezeską. I tu trzeba dodać słów kilka o Stowarzyszeniu, gdyż to przecież dom, wspólnota dla Anki a nie tylko organizacja. Homo Faber – z łaciny: człowiek rzemieślnik, człowiek pracujący. Misja Stowarzyszenia – Prawa człowieka: małe kroki, duże zmiany. A wizją Homo Faber jest Lublin, w którym każdy człowiek czuje się wolny i bezpieczny, w pełni korzysta ze swoich praw bez względu na płeć, stopień sprawności, pochodzenie narodowe i etniczne, „rasę”, kolor skóry, orientację psychoseksualną, przekonania religijne, światopogląd, opinie polityczne. Choć mowa tu o Lublinie, należy rozumieć go w jednak symbolicznie, przecież Lublin to też Polska. Więc w tym opisie Lublina ich marzeń, jak sądzę, chodzi w rzeczywistości o Polskę, takiej ojczyzny ona i jej przyjaciele z Homo Faber chcieliby, takiej też Europy, gdyż Anka czuje się obywatelką naszego kraju i szerzej Europy.

Anka Dąbrowska jako zwolenniczka ciągłego kształcenia, by bardziej skutecznie działać, ukończyła Szkołę Praw Człowieka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i Instytutu Nauk Prawnych PAN, a także kurs trenerski Stowarzyszenia Trenerów Organizacji Pozarządowych (STOP). Prowadzi szkolenia z praw człowieka, antydyskryminacji, wrażliwości kulturowej. Jednocześnie jest doktorantką na Wydziale Politologii UMCS. Pracuje nad rozprawą doktorską na temat integracji migrantów i migrantek z Ukrainy w Polsce. I nie jest to rozprawa teoretyczna, Anka wykorzystuje wieloletnie doświadczenia własne i Stowarzyszenia „Homo Faber” w aktywności wspierania i walki o prawa migrantów, mniejszości narodowych, a obecnie i uchodźczyń i uchodźców z Ukrainy oraz tych, którym pomaga na granicy polsko-białoruskiej. W planie miała obronę pracy doktorskiej do końca 2021 roku, tyle, że tragiczne wydarzenia na granicy polsko-białoruskiej „wciągnęły” ją od razu w wir innej rzeczywistości. Przebyła podliczając, czy nie setki kilometrów, lasami z ciężkim plecakiem, w poszukiwaniu uciekinierów, niosąc im pomoc humanitarną, służąc im także swoją wiedzą, dobijając się również u polskich i europejskich władz o prawa dla nich. Pojawiła się tam wraz z przyjaciółmi z Homo Faber od razu z przybyciem tam pierwszych uchodźców, przerzucanych z Białorusi i skazywanych na ukrywanie się w lasach, choroby, wycieńczenie, wreszcie śmierć wielu z nich. Współtworzyła wraz z „Homo Faber” Grupę Granica. A więc ruch społeczny sprzeciwiający się odpowiedzi rządzących na wydarzenia, jakie mają miejsce na polsko-białoruskim pograniczu, by sprawniej pomagać.

W pewnej mierze, postawa Anki Dąbrowskiej wyrasta z fascynacji filozofią działania jej mistrzów. Wymienię jednego z nich, chodzi o Jacka Kuronia. Nie zdążyła co prawda poznać Jacka Kuronia osobiście. Jednak, razem ze Stowarzyszeniem Homo Faber jeździła do Teremisek, gdzie z inicjatywy Jacka i Danuty Kuroń powstał w początku lat 2000 Uniwersytet Powszechny dla młodzieży pochodzącej z terenów popegeerowskich. Doświadczenie to okazało się dla niej ważne. Piotr Skrzypczak, partner życiowy oraz współzałożyciel Homo Faber tak o tym mówi: „Intuicja podpowiada mi, że jej zachwyt był tym, że to środowisko wciąż próbowało podejmować działania w praktyce, inaczej, wciąż próbując, oraz patrzeć krytycznie (zwłaszcza Jacek Kuroń) na swoje życie i dokonania.” Bardzo ważna stała się dla niej książka Jacka Kuronia „Działanie”, wydana w 2002 r. Mówiła mi, że czytała ją wielokrotnie, dodając na marginesach swoje uwagi i nadal do niej wraca. W swoich działaniach Anka realizuje podobne podejście, uczy się na błędach, nie poddaje i zaczyna od nowa, jeśli trzeba. Obdarzona jest szczególną wrażliwością na niesprawiedliwość, krzywdę innych, negowanie praw człowieka, odrzuca wszelkie przejawy ksenofobii i nacjonalizmu, walcząc z nimi działaniem i tekstami (gdyż jest również niezwykle uzdolniona literacko, co można sprawdzić naocznie czytając teksty na jej blogu: https://circlesofstrangeness.wordpress.com/), oraz temperamentem, który nie pozwala jej pozostać biernym widzem, a popycha do działania.

Pomyślałam więc, że zamiast wyliczać liczbę projektów, akcji, form zaangażowania Anki Dąbrowskiej, których jest tak wiele, pokuszę się raczej o podanie kilku przykładów, które stanowić będą pole do zasygnalizowania Państwu filozofii działania Anki. Wybieram różne ogniwa, z jakich Anka buduje swoje działania wyrażając nimi swoją niezgodę na świat wokół niej, świat, w którym nie chce pozostać obojętna, a mierzy się razem z innymi z wysiłkiem, by go zmieniać!

Przykłady wybrałam ze sfery, nazwijmy ją, ukraińsko-mniejszościowej, gdyż znam je najlepiej i najbliżej, tu współpracowałyśmy razem, wspólnie uczestniczyłyśmy w akcjach solidarności bądź protestu, lub po prostu byłam blisko niej i jej działań. Ukraińcy z Polski, Ukraina i Ukraińcy – to pole, w jakim jestem aktywnie obecna już 26 lat. Jak mówi przysłowie „bliższa ciału koszula”.

Myślę, że mottem dla tej „mniejszościowej” części jej pracy mogłyby stać się słowa samej Anki: „Moje początki były takie, że 25 stycznia 2005 roku przyszłam na spotkanie czegoś, co nazywało się Akademia Obywatelska i było wspólnym projektem Stowarzyszenia Homo Faber i Ośrodka Brama Grodzka Teatr NN. No i zostałam. Potem były „homofaberowe” wyjazdy i odkrywanie polsko-żydowskiej i polsko-ukraińskiej historii Lubelszczyzny. Obu trudnych i obu opowiedzianych dla Warszawy i dużych miast, a nieopowiedzianych i nieprzerobionych tutaj, na dole. Biorąc pod uwagę historię tego regionu, mieliśmy do czynienia z najbardziej krwawymi i dramatycznymi naruszeniami praw człowieka, jakie można sobie wyobrazić.” Anka jeździła po zniszczonych kirkutach, po zapuszczonych i zniszczonych ukraińskich cmentarzach, towarzyszył temu ból. „Dawnej dewastacji, czynnej i biernej, napisała na blogu, sprzyjała negacja władz i mit budowy nowego społeczeństwa, ale także głęboki antysemityzm i ksenofobia. Zawsze znalazły się argumenty. Pochodziły i pochodzą wprost z repertuaru narodowych krzywd. Polski zły los znalazł oto rewanż na cmentarzach dawnych polskich obywateli. Martwi i niemi nijak już nie mogą się obronić, więc zestaw win sprawdza się już dobre 80 lat. Jakbyśmy tkwili w miejscu, na zawsze przekonani, że to słuszne. Nad tym unosił się meta argument, który miał zamknąć każdą o nich dyskusję „to nie nasze”.

Ból nie paraliżował Anki a przetwarzał się w chęć działania, by tę rzeczywistość zmieniać.

Podobnie stało się z solidarnością ze społecznością ukraińskiej mniejszości narodowej w Przemyślu. Początkiem jej stała się informacja o ataku 26 czerwca 2016 r. w Przemyślu polskich nacjonalistów, Młodzieży Wszechpolskiej, na ukraińską doroczną religijną procesję udającą się na Ukraiński Cmentarz Wojskowy. Procesja służy od wielu lat uszanowaniu pamięci żołnierzy armii Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej oraz Petlurowców, których ponad 2000 tys. zmarło w usytuowanym na tym terenie polskim obozie dla ukraińskich jeńców w latach 1918-1920. W procesji brali udział: hierarchowie obu cerkwi greckokatolickiej i prawosławnej, kobiety, dzieci, osoby starsze, razem z członkami ukraińskiej mniejszości w procesji brali udział przyjezdni z Ukrainy oraz grupka nas, Polaków z flagami polską, ukraińską i unijną. Atakujący, ze względu na zbyt słabą ochronę policji, uderzali w idących w procesji tworząc zwarty szyk, rzucili na ziemię i podeptali cerkiewny feretron, szarpali uczestników procesji a jednego z mężczyzn popychając odarli z wyszywanki, w jaką był ubrany, obrzucając go inwektywami. Uznali za dobry pretekst do tego „czynu” fakt, że wyszywanka miała kolory czarno-czerwone, uznane przez środowiska kresowe i nacjonalistyczne w Polsce za „banderowskie” (co nota bene nie jest zgodne z prawdą). Władze miejskie miasta Przemyśl na czele z ówczesnym prezydentem miasta, Robertem Chomą, nie potępiły tej agresji, media początkowo pisały o niej jako o przepychankach, nie potępiły jej też nigdy władze naszego kraju.

A przecież atak ten miał być przede wszystkim atakiem na ukraińskich mieszkańców Przemyśla, oraz fragmentem szerszego planu środowisk kresowo-nacjonalistycznych. Władze miasta oraz czynne środowiska kresowe i nacjonalistyczne podejmowały wielokrotne próby „wpędzenia” Ukraińców Przemyśla do swoistego „getta”, negując ukraińską historię Przemyśla, zabytki kultury, malując na murach Ukraińskiego Domu stojącego w samym centrum miasta wulgarne antyukraińskie napisy i bojkotując działalność ukraińskiej społeczności skierowanej do mieszkańców obu narodowości.

Anka Dąbrowska słysząc o tym ataku, skontaktowała się z Piotrem Tymą, prezesem Związku Ukraińców w Polsce, który od początku lat 90., nie tylko znał problemy społeczności ukraińskiej w mieście, a jako aktywista odczuł je wielokrotnie na własnej skórze…Ważnym dla Anki było, jak rozumiem, by dokonać diagnozy sytuacji. Anka razem z Piotrem Tymą, który brał też udział we wspomnianej procesji, pojechali do Przemyśla, gdzie miało miejsce spotkanie z liderami ukraińskiego przemyskiego środowiska, podczas którego powrócono do wydarzeń z 26 czerwca i atmosfery w mieście, ale rozmowy poszły dalej. Przede wszystkim dotyczyły niszczonych i profanowanych ukraińskich grobów, w tym grobów umieszczonych w początku lat 2000 decyzją Andrzeja Przewoźnika, ówczesnego szefa Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa na Ukraińskim Cmentarzu Wojskowym w Przemyślu. Są to groby ofiar ukraińskich z Birczy oraz z Lisznej. Pierwszy to grób żołnierzy Ukraińskiej Powstańczej Armii poległych tam w styczniu 1946 roku podczas ataku na stacjonujący we wsi garnizon Wojska Polskiego, a drugi to grób osób rozstrzelanych w maju 1947 roku na mocy wyroku Sądu Wojskowego grupy operacyjnej Akcji „Wisła”, wśród nich była młodziutka Rozalia Mińko, rozstrzelana za leczenie rannych partyzantów z UPA. (Anka Dąbrowska napisała o niej na blogu poruszający tekst). Oba groby stanowią pretekst dla środowisk kresowo-nacjonalistycznych do oskarżania społeczności ukraińskiej o promowanie „banderyzmu”, gdyż jak cynicznie argumentują, w rzeczywistości procesja nie służy uszanowaniu żołnierzy ukraińskich z lat 1918-20, a właśnie osób z Birczy i Lisznej. Wiem od Piotra Tymy, że rozmowa ta Ankę  bardzo silnie poruszyła i że ciężko ją przeżyła.

A powiedzmy uczciwie: casus Przemyśla skupia jak w soczewce prawie wszystkie problemy związane z podejściem do Ukraińców w Polsce. Przemyśl, spośród miast w dzisiejszych granicach polskich ma największe i najdłuższe tradycje ukraińskie i to na wielu poziomach: życia religijnego – cerkwi prawosławnej, cerkwi greckokatolickiej, tradycji kulturalnej, oświatowej, wydawania prasy, muzealnej, funkcjonowania organizacji społecznych. Ukraińska obecność ma tu nieprzerwaną ciągłość historyczną od wieków, jednocześnie właśnie ta obecność i tradycja budzi negatywne emocje, a bywa, że i wrogość mieszkańców miasta polskiej narodowości oraz polskich środowisk tzw. kresowo-nacjonalistycznych. Społeczność ukraińska w Przemyślu jest obecnie niezbyt liczna, ale aktywna, szuka twórczego podejścia i w kontekście własnej obecności w mieście, i relacji polsko-ukraińskich. Antyukraiński klimat w mieście z niewielkimi przerwami, panuje przez cały okres po 1945 r., nawet „Solidarność” i prodemokratyczne przemyskie środowiska miasta nie potrafiły uporać się z negatywnym nastawieniem do Ukraińców . Nie udało się tego dokonać po 1989 r.

Po diagnozie dokonanej na podstawie rozmów, spotkań ze społecznością ukraińską w mieście, jej liderami oraz Piotrem Tymą, Anka Dąbrowska opracowała wstępny program działania. Piotr Skrzypczak upewnił mnie, że Anka zawsze działa w taki sposób. Od kilkunastu lat, pracując zgodnie z zasadą: najpierw diagnoza potem działania, stara się wspólnie z zespołem Homo Faber, tworzyć program. Zazwyczaj do tych działań dokładając swe autorskie pomysły, elementy sztuki, pefrormance. Zazwyczaj omawiane wielkie zjawiska otrzymują indywidualną twarz, konkretne miejsce, smak, przywieziony przedmiot. Tak było i z programem w Przemyślu. Anka wykazała się wrażliwością i oryginalną kreatywnością realizując w mieście (oraz i w innych miejscach niszczenia ukraińskich grobów i pomników) cały szczegółowo przemyślanych działań, którego wszystkie ogniwa stanowiły spójną całość.

Jej szeroko zakrojone działania realizowane wspólnie ze społecznością ukraińską Przemyśla, potem i z mieszkańcami narodowości polskiej, przyniosły pewien przełom w relacjach mieszkańców obu narodowości w Przemyślu.

Rozpoczęła organizacją dwóch warsztatów badawczych dla społeczności ukraińskiej (młodzież i dorosłych). I to one, jak opowiadała, stały się podstawą do dalszych działań. Jako pierwsze, wymienię pracę z dziećmi i młodzieżą, nie tylko ze społeczności ukraińskiej ale i polskiej większości. W działaniach zaproponowanych przez Ankę wzięli również udział ci, spośród najmłodszych Ukraińców, którzy przeżyli traumę ataku na procesję, byli tam z rodzicami. Tak, traumę, gdyż słyszeli skandowane w ich kierunku słowa: „Znajdzie się kij na banderowski ryj”, „Banderowcy won!”, i wiele innych w tej właśnie stylistyce, przeżyli długie minuty okrążenia i zamknięcia drogi procesji przez atakujących nacjonalistów. Wokół  nich, na wielkich banerach, widzieli hasła trzymane przez agresorów „Wołyń pomścimy”, „Mordercy, krew na waszych rękach!”, i tym podobne. Jak kilku i kilkunastu-letni mogli odbierać tę atmosferę, patrząc równocześnie na wykrzywione nienawiścią twarze napastników. Nawet my, dorośli, byliśmy pewni, że gdyby nie policja, spałowaliby nas kijami bejsbolowymi…

Uprzednie doświadczenie Anki, jej wiedza z wrażliwości kulturowej, dyskryminacji, psychologii, dały jej odpowiednie narzędzia, by pracować z tą już mocno doświadczoną młodzieżą. Włączyła dzieci i młodzież w realizację filmów animowanych, do udziału oprócz uczestników z mniejszości ukraińskiej, zaproszono także dzieci polskie. Był to projekt realizowany z Towarzystwem Inicjatyw Twórczych „ę” i Events Foundation o nazwie Przemyśl TO! Składał się z tygodniowego laboratorium medialno-obywatelskiego, podczas którego powstały przejmujące filmy dotyczące tożsamości młodych mieszkańców Przemyśla, mitów i stereotypów narodowych. Filmy dzieci i młodzieży były pokazywane podczas festiwalu Watch Docs w Warszawie, Przemyślu i Lublinie. Piotr Tyma opowiadał mi:  „Byłem świadkiem ich opowieści w Lublinie o emocjach towarzyszących realizacji filmów, którymi podzielili się z widzami festiwalu. Zostali zaproszeni do udziału w dyskusji, uderzyło mnie, że umieli nazwać swoje emocje, mieli po 13-15 lat, o strachu mówili wprost, także o tym, w jaki sposób zmagali się z nim i jak udało im się go przewalczyć. Bardzo ciekawe były również reakcje polskiej młodzieży, ich rówieśników, którzy brali udział w pokazach. Podchodzili do naszej młodzieży, poznawali się i między nimi już osobno, toczyła się rozmowa pokoleniowa.”

W ramach szerszego programu, nazwijmy go „sanacji” atmosfery i sytuacji w Przemyślu wokół Ukraińców i Ukraińskiego Domu, obok działań realizowanych przez Ankę, zaproponowaliśmy jako środowisko polsko-ukraińskie również wydarzenia mające na celu przyciągnięcie mieszkańców miasta narodowości polskiej do Ukraińskiego Domu, by mogli namacalnie czy naocznie sprawdzić, że nie jest jaskinią wrogów o „czarnym podniebieniu” i powoli zmieniać  wrogość w poczucie wspólnoty. Jednym z najważniejszych z nich stały się „Dni filmów Andrzeja Wajdy”, których bez wsparcia Pani Krystyny Zachwatowicz-Wajdowej nie byłyby możliwe do realizacji w tak atrakcyjnej dla wszystkich mieszkańców miasta formie.

Planując pokaz filmów Andrzeja Wajdy rozmawiałam z Anką proponując, by pomyślała, jak można by włączyć aktywnie w wydarzenie przemyską ukraińską młodzież. Odpowiedziała na tę propozycję następnym projektem filmowym, który pokazywał, jak przemyska ukraińska młodzież interpretuje dla siebie dzisiaj filmy Andrzeja Wajdy. „Refleksy”, taka była jego nazwa. W jego ramach młodzież zrealizowała cztery etiudy reinterpretujące filmy Andrzeja Wajdy. Były to filmy: Katyń, Tatarak, Ziemia obiecana, Kronika wypadków miłosnych, ale w tle etiudy Katyń pojawiło się symboliczne odwołanie do Popiołu i diamentu. Zwracam Państwa uwagę na to, na czym stawiali w nich akcent młodzi Ukraińcy z Przemyśla. Pobrzmiewa w nich silne echo polsko-ukraińskiego kontekstu, poczucie zagrożenia. Ponadto, dzięki staraniom Anki, etiuda Katyń została zrealizowana w zrujnowanej cerkwi w Starym Dzikowie, tej samej, która pojawiła się w filmie Andrzeja Wajdy.

Kadr z „Ziemi obiecanej” A. Wajdy według ukraińskiej młodzieży z Przemyśla (YouTube „Refleksy”)

W pewnym sensie, uzupełniały ten proces działania włączające młodzież z ukraińskiej szkoły im. M. Szaszkewycza w projekty poświęcone historii przemyskich Żydów, których po Holokauście w mieście nie ma. Młodzież poznawała historię, ale również szukała śladów zakorzenienia Żydów w tym mieście, zabytków i miejsc pamięci, które pozostawili. Jak umiejętnie opanowali tę materię doświadczyliśmy dwukrotnie, podczas pobytu Oksany Zabużko i Olgi Tokarczuk w mieście i ich dyskusji w Ukraińskim Domu oraz potem Konstantego Geberta. Kilkunastoletni wówczas, Maksym Nakoneczny i Teodor Ficak okazali się prawdziwymi przewodnikami po żydowskim Przemyślu.

Maksym Nakonieczny, uczestnik większości młodzieżowych projektów i warsztatów proponowanych przez Ankę, w 2016 r. miał 13 lat, podzielił się ze mną swoimi reakcjami: „Współpraca z Anią nie tylko dała mi możliwość brania udziału w aktywnościach oscylujących wokół Przemyśla i lokalnej społeczności ukraińskiej, ale (i co kluczowe) obudziła faktyczną chęć i potrzebę angażowania się we wszelkie działania wokół. Bardzo ważnym momentem było to, że osoba spoza hromady (ukraińskiej społeczności) wyraziła chęć działania wspólnie z nami. Ania tym samym pokazała nam, że się da. I za to jestem jej niezwykle wdzięczny. Дякую Aniu”.

Projekty filmowe i warsztatowe zaproponowane młodzieży odpowiadały w dużym stopniu na, czy nie najistotniejszy, problem w Przemyślu – manipulowanie historią przez lokalne władze, środowiska kresowo-nacjonalistyczne, bywało, że i kościół rzymskokatolicki. Historią miasta, historią społeczności ukraińskiej, historią Ukraińskiego Domu, upamiętnieniami Ukraińskiego Wojskowego Cmentarza w Pikulicach. Aby zmierzyć się z tym wyzwaniem, w programie wypracowanym pieczołowicie przez Ankę Dąbrowską dla Przemyśla poza aktywnością dla młodzieży, znalazły się m.in. powstanie audio przewodnika po Przemyślu „Szeptany Przemyśl”, wspólne przejście trasy w ramach 70 rocznicy Akcji Wisła. Również wówczas, 30 kwietnia 2017, Anka Dąbrowska wspólnie z Piotrem Tymą wymyślili tzw. „Punkt zbiorczy” nad Sanem – akcję do realizacji której Anka dołączyła przemyskich Ukraińców. Zaproszono osoby z rodzinnym doświadczeniem wysiedlenia w akcji „Wisła”,  by przyniosły nad rzekę artefakty i zgodziły się podzielić opowieściami o nich i o rodzinnych przeżyciach z innymi, w tym polskimi, mieszkańcami miasta.

Wobec szerzenia niechęci i nienawiści do współobywateli ukraińskich miasta oraz wykorzystywania historii do podsycania konfliktu przez władze lokalne i środowiska kresowo-nacjonalistyczne trzeba koniecznie wspomnieć o dwóch najbardziej oryginalnych punktach jej przemyskiego programu. Chodzi o performance zrealizowane przez Ankę Dąbrowską, gdyż jest ona również performerką, kiedy chce zwrócić się do nas w sprawach wyjątkowo ważnych – osobiście, ja to nazywam – z niemym krzykiem… Miały one, nie do przecenienia, znaczenie dla zmiany nastawienia mieszkańców narodowości polskiej Przemyśla.

Pierwszy z nich nosił nazwę „Materiał Dowodowy”, odbył się w listopadzie 2018. Performance miał miejsce w Przemyślu, następnie poukraińskiej wsi Mołodycz (powiat Jarosław), oraz w Werchracie (powiat Lubaczów, gdzie polscy nacjonaliści w 2017 r. zniszczyli ukraińskie upamiętnienie oraz łomami rozpruli krzyż stojący na nim na cmentarzu wsi, której mieszkańcy do czasu deportacji byli w większości Ukraińcami) oraz w Lublinie. Anka Dąbrowska, podczas tego performance’u siadała na krześle postawionym w miejscu publicznie widocznym (w Przemyślu i Lublinie centralnej ulicy, Mołodyczu i Werchracie na cmentarzach ukraińskich) i  zszywała rozdartą ukraińską wyszywaną koszulę – prawie taką samą jak ta, która została porwana w strzępy na uczestniku procesji w Przemyślu  i stała się materiałem dowodowym w sprawie sądowej prowadzonej przeciwko napastnikom na procesję: czarno-czerwona, udostępniona do performance’u Ance przez Piotra Tymę. Nota bene, Anka była obserwatorem z ramienia Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka podczas rozprawy sądowej.

Sama mówiła potem o przesłaniu „Materiału dowodowego”:

„Czy jest granica między prowokacją a wzbudzeniem refleksji? To jest kwestia intencji, po co się coś robi i z czym wychodzi na ulicę. Ja chciałam po prostu powiedzieć, że coś nie jest w porządku z tym światem, w którym żyjemy. I znowu — pytanie jak to zrobić — czy krzyczeć, że jest źle, czy pokazać coś i zostawić ludzi z pewną myślą. Jako Polka przychodzę w miejsce publiczne, bo mam pewien przekaz — zszywam ukraińską koszulę. Przekaz jest jasny: coś się popsuło, więc trzeba to naprawić. Nie mówię — wy naprawcie. Sama siadam i zszywam, jestem gotowa to zrobić. Mój przekaz jest pozytywny, w takim sensie też, że ja niczego od ludzi nie oczekuję.”

O swoich odczuciach opowiedział mi również Piotr Tyma, towarzyszący z daleka Ance podczas „Materiału dowodowego” w Przemyślu i Mołodyczu:

„Dzięki temu, że jest Polką, w dużej mierze, udało jej się złamać, po raz pierwszy chyba, podział na dwa światy w Przemyślu, polski i ukraiński. Oto, Polka proponuje coś, co nie mieści się w polskim wyobrażeniu na temat ukraińskiej obecności, proponuje inne spojrzenie Polaka/ki na Ukraińców. Kiedy, podczas performance’u Anki obserwowałem, w jaki sposób przechodnie w Przemyślu reagowali na zszywanie soroczki, widziałem, że albo uśmiechali się, albo obchodzili Annę udając, że jej nie widzą, a przecież nie mogli nie widzieć! Wyczuwalne było w nich napięcie, wtedy pomyślałem, że tego nie zmieni się żadnymi konferencjami czy seminariami. Ale poprzez tego typu działania – może”.

Pokaz filmu „Materiał dowodowy” podczas uroczystości przyznania Nagrody im. A. Wajdy

Rok po tym działaniu Anka, postanowiła zmierzyć się z problemem nienawiści w naszym pięknym mieście nad Sanem raz jeszcze. W pewnym momencie poprzez wpisy w Internecie, groźby, zobaczyła, że Piotr Tyma, lider społeczności ukraińskiej w Polsce, stał się dla tych hejtujących środowisk i osób, symbolem wroga, negatywnym uosobieniem Ukraińca. By to zmienić zaproponowała możliwość rozmowy z nim w publicznym miejscu przestrzeni miasta, na rynku Przemyśla obok Urzędu Miasta. Spotkanie było ideą performance’u, „Innego nie będzie”. Najlepiej o idei performance opowie Anka:

„Nie będzie innego” to stół i dwa krzesła. To osoba gotowa do dialogu i puste miejsce przed nią. To propozycja stworzenia wspólnej obecności. „Nie będzie innego” to próba nawiązania dawno przerwanej rozmowy dwóch społeczności, które od początku istnienia miasta koegzystują w nim — Polaków i Ukraińców. Żeby zawiązać relację, konieczne jest, aby obie strony znalazły się w jednej przestrzeni, w tym samym czasie i usiadły do rozmowy.”

Podczas performance’u przy stole ustawionym na przemyskim rynku usiadł Piotr Tyma, ukraińska „twarz” mniejszości kumulująca negatywne emocje związane z polsko-ukraińskim dyskursem; bohater licznych antyukraińskich memów i fake news’ów, wyszydzany i obrażany, także publicznie. Piotr Tyma był ubrany w ukraińską tradycyjną, wyszywaną koszulę. Drugie krzesło czekało na każdą osobę gotową do rozmowy. Odważni – znaleźli się i przysiedli do Tymy, w tym również osoby ze środowiska, które zaatakowało procesję.

W performance’ie wymyślonym przez Ankę Dąbrowską mieścił się nie jeden a kilka sensów, m.in. poprzez zmianę formuły kontaktowania się z Polakami, w tym przemyskimi. Łatwiej jest rozmawiać według znanej konwencji, masz argumenty zabierasz głos. Tu trzeba było zostać – face to face, nie wiadomo było kto z czym przyjdzie, nie poddać się negatywnym emocjom, nie dowodzić swoich racji za wszelką cenę. „Dzięki temu, po pewnym czasie ci, którzy przyszli na Rynek, i byli nastawieni konfrontacyjnie, zobaczyli, że żadnej „zadymy” nie będzie i.… odeszli, mówi Piotr Tyma.”

Propozycja Anny Dąbrowskiej wprowadzenia poprzez performance: „Nie będzie innego” nowej formuły rozmowy, zbiegła się z refleksją w wielu środowiskach obywatelskich, pozarządowych, na temat form dialogu, że czas już zaproponować inną, tak, by okazała się bardziej skuteczna niż tradycyjne formy. Często nie wychodzimy poza swoje środowiska, zamykamy się w nich, a jeśli nawet – nie, mamy ograniczone możliwości bezpośrednich kontaktów z osobami inaczej myślącymi, unikamy tego. W przypadku performance’u w Przemyślu było inaczej.

Wreszcie trzecie ogniwo działań zaproponowanych przez Ankę, aktywizacja osób dorosłych z ukraińskiej społeczności miasta, które w ciągu kilku zaledwie lat poszerzyły znacznie pola własnej aktywności, odważyły się iść do innych osób aktywnych w Przemyślu z różnych środowisk, proponować im współpracę, czego późniejszym efektem stała się np. inicjatywa już wspólna mieszkańców miasta obu narodowości: „Razem na 100”, zrealizowana przez Związek Ukraińców w Polsce w partnerstwie z kilkoma polskimi organizacjami z okazji 100-letniej rocznicy niepodległości Polski. Ale, czy nie najpełniejszy rezultat to współdziałanie wielu organizacji przemyskich i wolontariuszy ze Związkiem Ukraińców w Polsce i Ukraińskim Domem na rzecz wsparcia i pomocy uciekinierom z Ukrainy po 24 lutego b. r. w Przemyślu.

Na tym zakończę opis wybranych ogniw programu przemyskiego Anki, choć jest daleki od tego by pretendować do pełnego. Ważne są jego rezultaty czyli to, co się stało w wyniku 6- letniej obecności Anki w Przemyślu i z przemyślanami, szczególnie ukraińskimi. Otóż, najważniejsze chyba, że dzięki tym działaniom ukraińscy przemyślanie nie dali się wepchnąć do „getta”, nie dali się zastraszyć. Przeciwnie, pokazali chęć aktywnego włączenia się w różne działania, wiele osób, w tym młodych, zaczęło aktywnie brać udział w realizacji projektów, samemu inicjować ciekawe pomysły. Ukraińcy nieinwazyjnie wchodzili również w przestrzeń miejską, jak np. z ogromnym banerem zawieszonym na Ukraińskim Domu przy występach niektórych artystów, wszystkie te działania były taką kroplą, która drąży skalę. Anka Dąbrowska miała także dobrego partnera dla swoich pomysłów, mówię o Igorze Horkowie, obecnie przewodniczącym oddziału przemyskiego ZUwP, a wówczas sekretarzu. Igor, to rówieśnik Anny Dąbrowskiej, otwarty na innych i na wyzwania, z silną motywacją do działań i wyprowadzenia części naszej społeczności ze swoistego mentalnego getta. Drugą, bardzo bliską partnerką jej działań była i jest nadal Katarzyna Macyńska-Komar, której wypowiedź emocjonalną o Ance zacytowałam na samym początku.

Igor Horków na moją prośbę podsumował: „Anna Dąbrowska pojawiła się w Przemyślu w 2016 r. – po napaści na procesję greckokatolicką, w momencie, w którym nasza społeczność przeżywała dosyć trudne chwile. Pomogła nam wyjść z narożnika, spojrzeć na sprawy polsko-ukraińskie z innej perspektywy. Dzięki jej zaangażowaniu zaczęliśmy działać inaczej – opowiadać o sobie, a nie koncentrować się na wymyślonych zarzutach.”

Tania Czarna-Nakonieczna, również współpracująca blisko z laureatką napisała: „Ania jest obecna w naszym życiu od sześciu lat. Mówiąc w naszym, mam na myśli przemyską społeczność mniejszości ukraińskiej, ale też zespół Domu Ukraińskiego i nas osobiście. Do tego czasu często mieliśmy wrażenie, że nasz głos nie jest słyszany, a już zdecydowanie nie jest szanowany. Ania pojawiła się w czasie, kiedy próbowaliśmy się mierzyć z narastającą niechęcią, hejtem a nawet agresją. Ona nas wysłuchała, zrozumiała i, co najważniejsze, nie zostawiła z problemem. Potem przyjeżdżała do nas już z konkretami – warsztatami dla młodzieży i dla dorosłych, pomysłami na działania społeczne i kulturalne, performance’ami. Pojawienie się Ani, to moment zwrotny dla naszej organizacji. To trampolina, która wyrzuciła nas na inny poziom w naszych działaniach, zmieniając nas w zgrany, dobrze działający zespół, a Dom Ukraiński w atrakcyjne miejsce dla wszystkich mieszkańców miasta. Ania, i to co zrobiła w Przemyślu, jest najlepszym dowodem na to, że pojedynczy człowiek jest w stanie zmienić świat. Zmieniła na pewno nasz. Na lepsze.”

Pamiętacie Państwo przytoczone przeze mnie motto Stowarzyszenia Homo Faber: „Prawa człowieka: małe kroki, duże zmiany”, otóż właśnie przemyski program Anki Dąbrowskiej jest przykładem wzorcowym realizacji tego motto!

Dyplom dla Laureatki Nagrody im. Andrzeja Wajdy za rok 2022 Anny Dąbrowskiej

Korci mnie bardzo, by opowiedzieć Państwu o działaniach Anki będących czy wpisujących się w szersze działania naszego nie tak wielkiego środowiska, które nazywamy polsko-ukraińskim, jak np. na niezgodę na niszczenie i profanowanie ukraińskich grobów i upamiętnień w Polsce, akcje na zniszczonych upamiętnieniach: w Werchracie i Monasterzu, performance poświęcony dwukrotnie zrujnowanemu grobowi w Monasterzu przed Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Warszawie oraz o akcjach w Sahryniu na cmentarzu ukraińskiej ludności cywilnej ofiar zmasowanych zbrodni w marcu 1944 roku dokonanych przez oddziały AK i BCh. Ale wymagałoby to osobnej długiej opowieści. Więc tylko sygnalizuję tutaj tę kwestię, by nie zaginęła wiedza o tym.

Chciałabym zakończyć laudację również akcentem ukraińskim, nie mogę o tych działaniach Anki, Homo Faber we współpracy z lubelskimi organizacjami nie wspomnieć. Chodzi o stworzenie całej platformy wsparcia i opieki nad uchodźcami z Ukrainy wraz z rozpoczęciem pełnoskalowej wojny Rosji przeciw Ukrainie. 24 lutego, o świcie, Anka ruszyła na wyjazd wypoczynkowy-niespodziankę, pierwszy od pół roku wolny weekend miała spędzić z przyjaciółmi w Berlinie, daleko, by odpocząć od lasu, granicy polsko-białoruskiej. Gdy dojeżdżała do Warszawy, dotarła do niej wiadomość o ataku Rosji na Ukrainę. Co zrobiła Anka? Po chwili była już w powrotnym pociągu do Lublina. A o godzinie 10:00 wraz z grupą zaufanych ludzi uruchamiała Lubelski Społeczny Komitet Pomocy Ukrainie. Jak się później w praktyce okazało, udało się tam stworzyć jeden z najlepszych w Polsce modeli współpracy różnych podmiotów przy działaniach na rzecz uchodźców. Ten sukces, ta dobrze działająca maszyna, to lata wcześniejszej pracy, poznawania się, kontaktów i zaufania. M. in. działania w ramach przewodniczenia Komisji Dialogu Obywatelskiego ds. integracji migrantów i migrantek w Lublinie; ciało doradcze Prezydenta Miasta Lublin. Uczestnictwo w pracach i refleksji w Polsce oraz na poziomie międzynarodowym dotyczących praw imigrantów i tworzeniem spójnego programu pomocy i integracji uchodźców w Europie, w tym w Polsce.

Lubelski Społeczny Komitet Pomocy Ukrainie pracuje na pełnych obrotach. Rosja kontynuuje ludobójcze akcje militarne w Ukrainie, niszcząc jej infrastrukturę, by pozbawić miliony Ukraińców światła, ogrzewania, gazu, ostrzeliwując cywilne budynki, składy żywności. Nasza pomoc, z Polski, ze świata Ukrainie jest i będzie długo potrzebna.

Życzę nam wszystkim w Polsce, by takich osób jak Anka Dąbrowska, jak współpracujący z nią ludzie z Homo Faber, Lubelskiego Komitetu, Grupy Granica, Związku Ukraińców w Polsce i wielu innych, dla których obojętność i pasywność wobec zła i niesprawiedliwości nie mają prawa istnieć, kiedy świat wokół nas kipi, wali się, wartości przestają obowiązywać, było jak najwięcej. Oni bowiem zmieniają i ruszają ten nasz świat dalej….

Izabella Chruślińska

Fotografie z uroczystości przyznania Nagrody:

Zdjęcia: Kamil A. Krajewski / Muzeum Manggha

2023

Marian Turski

Decyzją kapituły, laureatem Nagrody im. Andrzeja Wajdy został Marian Turski, polski historyk, dziennikarz i działacz społeczny.

27 listopada 2023, Muzeum Manggha w Krakowie

Laudacja dla Mariana Turskiego

prof. Andrzej Zoll

Szanowny, Drogi Jubilacie, Szanowni Państwo,

Propozycja pani Krystyny Zachwatowicz–Wajda, bym dzisiaj wygłosił laudację z okazji przyznania panu Marianowi Turskiemu Nagrody
im. Andrzeja Wajdy
„Za wybitną działalność w duchu solidarności społecznej”, jest dla mnie wielkim zaszczytem.

Dzisiejszy nasz Laureat jest osobą w społeczeństwie bardzo dobrze znaną
i szczególnie cenioną. W ostatnich dwóch dekadach było wiele okazji do wygłaszania laudacji poświęcanych Panu Marianowi Turskiemu. Stanowi to dla mnie wyzwanie, do przekazania Państwu innego nieco,
niż dokonali moi poprzednicy, punktu widzenia na rolę, jaką odgrywa Jubilat w kształtowaniu postaw obywatelskich, szczególnie młodego pokolenia.

Nasz Jubilat przyszedł na świat  w Druskiennikach, ale Łódź była miastem, w którym na stałe mieszkali Jego rodzice. Także w Łodzi Marian Turski zdobywał wiedzę w najlepszej, nie tylko w skali tego miasta, prywatnej żydowskiej szkole. W związku z przeżyciem związanym z tą szkołą, nasz Jubilat łączy korzenie swoich poglądów, oczywiście zmieniających się pod wpływem życiowych doświadczeń. W jednym z wywiadów Marian Turski stwierdził, że stał się socjalistą jeszcze będąc dzieckiem. Powodem miała być odpowiedź dyrektora  szkoły związana z prośbą matki naszego Jubilata
o obniżenie wysokiego czynszu: „Proszę Pani! Nasza szkoła to jak bułka
z masłem! Kogo nie stać na bułkę z masłem, ten nie powinien dziecka posyłać do naszej szkoły”.
Szkoła życia może brać swój początek z bardzo różnych, często zupełnie niespostrzeganych, faktów. Powód przerwania nauki był jednak zupełnie inny – nadszedł wrzesień 1939 r.

W kwietniu 1940 r., Marian Turski został umieszczony przez hitlerowskich okupantów w łódzkim getcie. Już w tych młodych latach i w okolicznościach związanych z przebywaniem w getcie, przystąpił do tajnej organizacji „Lewicy Związkowej”, mającej wyraźnie socjalistyczną barwę.

W sierpniu 1944 r. został przetransportowany do obozu koncentracyjnego Auschwitz–Birkenau. 18 stycznia 1945 r. rozpoczął się Jego marsz, który dla wielu był marszem śmierci, z Auschwitz do Buchenwaldu i drugi, jeszcze dłuższy, z Buchenwaldu do Theresienstadt (Terezina). 8 maja został,
w stanie prawie agonalnym, uwolniony przez Armię Czerwoną.

Mógł dokonać wyboru, czy – jak większość jego obozowych kolegów – udać się do Stanów Zjednoczonych lub Kanady, czy wrócić do Polski. Wybrał powrót do Ojczyzny, by współtworzyć, jak wtedy myślał, kraj sprawiedliwości społecznej, realizujący założenia socjalizmu, a może nawet komunizmu.

Swoją aktywność społeczno- polityczną rozpoczął, zajmując się przede wszystkim wydawnictwami partyjnymi i dziennikarstwem. W 1956 r. został zastępcą naczelnego redaktora „Sztandaru Młodych”. Od 1957 r. związał się
z redakcją „Polityki”. Ten związek trwa do dzisiaj. Nasz Jubilat kieruje działem historycznym.

W czasie pobytu stypendialnego w Stanach Zjednoczonych w 1965 r. uczestniczył w marszu z Selmy do Montgomery zorganizowanym przeciwko segregacji rasowej przez Martina Luthera Kinga. To było też wydarzenie mające niewątpliwy wpływ na postawę życiową Jubilata.

Nasz Jubilat prowadził i prowadzi nadal bardzo bogatą działalność społeczną, także o charakterze międzynarodowym.

W latach 1999–2011, przewodniczył Zarządowi Stowarzyszenia „Żydowski Instytut Historyczny w Polsce”. Jest członkiem Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej, a także Rady Stowarzyszenia „Dom Konferencji
w Wannsee”. Od 2009 r. do dzisiaj jest przewodniczącym Rady Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin”.

Osoba dzisiejszego Laureata jest zupełnie wyjątkowa. Od wielu lat, szczególnie od naszej transformacji w 1989 r., Marian Turski jest obecny
w czasie i w miejscach ważnych dla nas wydarzeń. Jego aktywność, istotna dla społeczeństwa, nie tylko polskiego, ale też dla ludności innych krajów, została wielokrotnie zauważona i uhonorowana. Spróbuję wymienić tylko niektóre odznaczenia i otrzymane nagrody:

Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski (1997)

Krzyż Oficerski Orderu Zasługi RFN (2007)

Krzyż Oficerski Orderu Legii Honorowej (2012)

Krzyż Komandorski Orderu Zasługi RFN (2013)

Krzyż Komandorski Orderu Zasługi Wielkiego Księstwa Luksemburga (2020)

Krzyż Oficerski Orderu „Za Zasługi dla Litwy” (2021)

Odznaka Honorowa „Za Zasługi dla Republiki Austrii” (2021).

Można by było wymienić jeszcze inne nagrody i wyróżnienia. Wymienię tylko:

Honorowe obywatelstwo miasta stołecznego Warszawy (2018)

Honorowe obywatelstwo Łodzi (2023)

Nagroda im. Sergio Vieria de Mello Wysokiego Komisarza NZ ds. Praw Człowieka, przyznana przez Stowarzyszenie „Willa Decjusza” (2020)

Nagroda „Za Mądrość Obywatelską”, przyznana przez redakcję „Kraków
i Świat” (2023).

Przedstawię teraz te wartości, których wagę mogliśmy sobie w pełni uświadomić, słuchając publicznych wystąpień Pana Mariana Turskiego.

8 stycznia 2019 r. przemówił w sali Zgromadzenia Ogólnego ONZ z okazji Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holocaustu. Treść tego wystąpienia i miejsce, w którym Marian Turski przypomniał światu największą zbrodnię XX w. zostało zauważone i rozpowszechnione przez media na całym świecie.

Na forum UNESCO w 2020 r, podczas obchodów Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu, Marian Turski powiedział:

„Mowa nienawiści jest bazą i fundamentem upokorzenia. Nie możemy wyzbyć się jej natychmiast, ale możemy ją ograniczyć. Możemy powstrzymać mowę nienawiści i jednocześnie starać się zrozumieć inny punkt widzenia. Inny nie znaczy mój. Próba zrozumienia może dać początek empatii, uświadomienia sobie, jak inni ludzie różnią się ode mnie samego. Jak różnie się zachowują i myślą. W jaki sposób ich droga przez życie różni się od mojej. Jak różnią się ich wierzenia. Spróbujmy się zrozumieć”.

Ten dłuższy cytat wypowiedzi naszego Laureata powinien być przekazywany każdemu, nowo wybranemu członkowi parlamentu, składającemu ślubowanie. Z pewnym opóźnieniem, powinno się ten tekst przekazać dzisiejszym parlamentarzystom.

W sierpniu tego roku Marian Turski był gościem dorocznego Campusu Młodzieży w Olsztynie. Młoda uczestniczka spotkania, przedstawiając się, zaznaczyła, że od dziesięciu lat mieszka w Niemczech, ale jako Polce, bardzo ją boli nieprzerwany atak na Niemcy przez polskie władze
i niektórych, także wysoką rangą, polityków. Atak nie jest zrozumiały przez nią, a także przez Niemców. Poprosiła Gościa Campusu o komentarz.
Po raz pierwszy zobaczyłem u Pana Mariana Turskiego emocję i pewnego rodzaju rozdrażnienie. Przyznając w pełni rację uczestniczce Campusu, ostrymi słowami skrytykował szczucie przez polityków, szczególnie
z jednego obozu, przeciwko Niemcom, a także przeciwko Unii Europejskiej, której jesteśmy przecież członkiem. Jesteśmy jej obywatelami. Jednoznacznie określił prowadzoną przez ówczesny rząd i jego zwolenników politykę jako jednoznacznie szkodliwą dla polskiej racji stanu, podkreślając konieczność powrotu do najbliższej współpracy z Niemcami i innymi państwami Unii Europejskiej. Uświadomiłem sobie wtedy, jak patriotyzm przysłonił, u naszego Jubilata, usprawiedliwione przecież, odczucie rozmiaru tragicznych doznań z przeszłości.

Muszę dodać, że w okresie ostatniej kampanii wyborczej, a także już po wyborach, słyszeliśmy, przekraczający wszelkie granice przyzwoitości, atak na Unię Europejską, Niemcy i na polskich polityków – zwolenników zwiększenia aktywności w Unii Europejskiej i politycznego zbliżenia
z Niemcami.

Moim zdaniem, najważniejsze, nie tylko dla nas Polaków, nie tylko dla polskiej młodzieży i polskich dzieci, lecz dla całej teraźniejszej i tej, która przyjdzie na ziemię, ludzkości, było wystąpienie naszego Jubilata w dniu
27 stycznia 2020 r. w Oświęcimiu, w siedemdziesiątą piątą rocznicę wyzwolenia obozu Auschwitz–Birkenau. Z treścią tego przemówienia powinni zapoznać się wszyscy, szczególnie uczniowie każdej klasy
i w każdej szkole.

Marian Turski mówił szczególnie do młodych i dzieci.
Na sali obecni byli z całego świata, już nieliczni żyjący, więźniowe obozu
w Auschwitz, byli przywódcy polityczni, głowy państw z królem Hiszpanii, prezydentami Polski, Austrii, Niemiec, Słowacji, Mołdawii i liczni politycy.

W centrum tego, nie boję się tak nazwać, historycznego przemówienia, stały dwa wyrażenia:

„Auschwitz nie spadł z nieba” oraz „Nie bądź obojętny”.

„Auschwitz nie spadł z nieba”, tę wyjątkowo głęboką myśl, Marian Turski usłyszał podczas wizyty w Wiedniu kierownictwa Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego, od – obecnego wtedy na sali w Oświęcimiu – prezydenta Austrii Alexandra Van der Bellena. W swoim przemówieniu, dzisiejszy nasz Laureat, pokazał proces dochodzenia do „tego co nie spadło
z nieba”. Pokazał, wydające się z początku, jako mało istotne, postępowania władzy hitlerowskiej w rozwijającym się w Niemczech nazizmie. „Auschwitz” jest w tej wypowiedzi jedynie symbolem zła. Może się zdarzyć
w każdym innym miejscu i w każdym czasie i w każdej innej formie.
To może się wydarzyć w Selmy, jak mówił Marian Turski do uczestników  marszu Martina Luthersa Kinga: „Jeżeli się łamie prawa obywatelskie, jeżeli nie docenia się praw mniejszości”. Wystarczy, że nie zauważy się rozpoczęcia takiego procesu i potrzeby jego zatrzymania. To nie musi być powtórka tego co miało miejsce w Auschwitz. To może też być stopniowe przechodzenie z systemu demokratycznego do totalitaryzmu.

Przywołam w tym miejscu wypowiedź Pana Mariana Turskiego
z 31 sierpnia 2017 r. podczas Walnego Zgromadzenia Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego:

„Pierwszym przejawem tego przekraczania bariery między populizmem a autokratyzmem i kto wie, czy nie tego, co kiedyś nazywaliśmy faszyzmem (…) jest łamanie prawa, łamanie praworządności, łamanie porządku prawnego i łamanie praw człowieka”.

Można było nie zwrócić uwagi na zagrożenie dla demokracji, gdy Prezydent Duda mówił, że chciał ulżyć sądowi, ułaskawiając osoby skazane za nadużycie władzy nieprawomocnym wyrokiem. Przez ostatnie lata mieliśmy wiele wypadków bardziej lub mniej widocznych, naruszania Konstytucji
i odchodzenia od demokracji przez Prezydenta i ze strony innych organów władzy publicznej. Nie było, z naszej strony, zdecydowanego sprzeciwu,
gdy rady prawodawcze poszczególnych samorządów terytorialnych uchwalały zakaz przebywania i rozpowszechniania na ich terenie osób i idei LGBT+. Fundamentem demokracji jest zasada podziału władzy i każde zbagatelizowane, jej naruszenie, osłabia ten fundament i przyzwyczaja do tolerowania coraz groźniejszych zdarzeń. Podczas marszu
z Selmy do Montgomery Marian Turski odpowiedział pytającym go:
„Co robić?” Odpowiedź brzmiała: „Jeżeli potraficie obronić Konstytucję, wasze prawa, wasz porządek demokratyczny, broniąc praw mniejszości, potraficie to pokonać”.

Drugie, także zawierające bardzo ważną myśl, wyrażenie „Nie bądź obojętny”, powtórzył Marian Turski w przemówieniu oświęcimskim za swoim szkolnym przyjacielem, późniejszym prezydentem Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego, Romanem Kentem.
Nasz Jubilat rozpowszechnił ten nakaz jako XI Przykazanie. Zostało ono zasiane w naszej świadomości i jest kojarzone, już na zawsze z nazwiskiem Mariana Turskiego. Zostało rzucone na żyzną ziemię. Mogliśmy przekonać się o tym 15 października tego roku.

Te tłumy, szczególnie młodzieży, pod Komisjami Obwodowymi, pokazały, że XI Przykazanie odebrali jako adresowane do nich i że je w pełni zaakceptowali. Mam nadzieję, że proces niszczenia w Polsce demokracji został, pomimo jeszcze dzisiaj trwających oporów poprzedniej władzy, powstrzymany, a w każdym razie, że został w tym kierunku zrobiony decydujący krok. Władza państwa demokratycznego musi zawsze pamiętać, że otrzymanie poparcia w wyborach nie oznacza, że może realizować swój program, nie bacząc na zdanie mniejszości. Demokracja charakteryzuje się władzą większości, uwzględniającą prawa mniejszości. Taką prawdę mogli usłyszeć też z ust Mariana Turskiego młodzi uczestnicy poprzedniego Campusu w 2022 r.

Szanowni Państwo!

Myślę, że wyrażam uczucie dumy i satysfakcji wszystkich członków Fundacji „Kyoto–Kraków” z możliwości goszczenia Pana w „Muzeum Manggha” i zgody przyjęcia przez Pana Nagrody im. Andrzeja Wajdy
„Za wybitną działalność w duchu solidarności społecznej”. Nagroda ta jest wyrazem naszej wielkiej wdzięczności za to, że uczył nas Pan rozpoznawania tego co dobre, tego, jak się bronić przed złem,
za rozpowszechnienie XI Przykazania, za Pana reagowanie na wszelkie zło panoszące się po świecie i u nas. Jest Pan dla nas Drogowskazem i za to bardzo dziękujemy.

Andrzej Zoll

Relacja z uroczystości na stronie Tygodnika Polityka

Fragment przemówienia Laureata podczas uroczystości: YouTube

Fotografie z uroczystości przyznania Nagrody:

Zdjęcia: Kamil A. Krajewski / Muzeum Manggha

2024

Fundacja „Wolne Sądy” 

Decyzją Kapituły – członków Rady i Zarządu Fundacji Kyoto-Kraków Andrzeja Wajdy i Krystyny Zachwatowicz-Wajdy – Laureatami Nagrody im. Andrzeja Wajdy za rok 2024 została Fundacja „Wolne Sądy”, którą tworzą: Sylwia Gregorczyk-Abram, Maria Ejchart, Paulina Kieszkowska, Michał Wawrykiewicz.

SYLWETKI TEGOROCZNYCH LAUREATÓW:

Sylwia Gregorczyk-Abram – adwokatka, obrończyni praw człowieka. Pełnomocniczka represjonowanych sędziów przed TSUE i ETPCz. Była koordynatorka do spraw kontaktów z organizacjami pozarządowymi przy Okręgowej Radzie Adwokackiej w Warszawie, wykładowczyni dla aplikantów, członkini Zarządu Stowarzyszenia im. Prof. Zbigniewa Hołdy, pomysłodawczyni i koordynatorka projektu „Tydzień Konstytucyjny”. W 2016 r. nagrodzona tytułem „Prawnika pro bono”.

Maria Ejchart – prawniczka, wykładowczyni akademicka, ekspertka praw człowieka, związana przez lata z Helsińską Fundacją Praw Człowieka, w której współtworzyła i koordynowała liczne programy monitoringowe i edukacyjne. Członkini Rady Społecznej przy Rzeczniku Praw Obywatelskich oraz współprzewodnicząca Komisji Ekspertów Krajowego Mechanizmu Prewencji Tortur. Prezeska Zarządu Stowarzyszenia im. Prof. Zbigniewa Hołdy. Obecnie Wiceministra Sprawiedliwości.

Paulina Kieszkowska – adwokatka, ekspertka prawa ochrony zdrowia, zwłaszcza prawa farmaceutycznego. Współzałożycielka Fundacji Lege Pharmaciae. W Obywatelskim Forum Legislacji przy Fundacji Batorego działa na rzecz wprowadzenia w Polsce standardów europejskich w dziedzinie stanowienia prawa. Jest członkinią Forum Dialogu, współinicjatorka i organizatorką akcji #SolidarityinTruth. W 2017 r. została laureatką konkursu Kobieta Adwokatury.

Michał Wawrykiewicz – adwokat, specjalista prawa cywilnego i ustrojowego. Ekspert zespołów parlamentarnych, Biura Analiz Sejmowych oraz komisji LIBE w Parlamencie Europejskim. Pełnomocnik polskich sędziów przed europejskimi trybunałami oraz obrońca przed polskimi sądami. Współorganizator międzynarodowych konferencji na temat praworządności. Wykładowca na aplikacji adwokackiej. Cała czwórka była współzałożycielami w 2017 roku inicjatywy „Wolne Sądy” oraz jednymi z inicjatorów Komitetu Obrony Sprawiedliwości KOS (działającego od 2018). Za działalność publiczną wyróżnieni m.in. nagrodami Newsweeka im. Teresy Torańskiej, TOK FM im. Anny Laszuk i Nagrodą Obywatelską Parlamentu Europejskiego. Wyróżnieni w 20120 roku odznaką „Adwokatura Zasłużonym”.

Laudacja dla Fundacji „Wolne Sądy”

mec. Jacek Taylor

Szanowni Laureaci, Drodzy Państwo,

wśród wyróżnień, które dziś nagradzani otrzymali już wcześniej,
Nagroda imienia Andrzeja Wajdy ma znaczenie szczególne. Patron Nagrody stworzył około 60 ważnych dla nas filmów
i przeszedł do historii jako najwybitniejszy Polak w tej dziedzinie twórczości. Trzy z jego filmów odegrały wielką rolę społeczną, dawały przejmujący obraz zmagań ludzkich z bezprawiem. Były to “Człowiek z marmuru”, “Człowiek z żelaza” i “Człowiek z nadziei”. Można powiedzieć, że Wasza, Drodzy Laureaci działalność, to gotowy scenariusz dla Patrona Nagrody, bo jest to historia walki z bezprawiem, walki o kształt przyszłości nas wszystkich.

Oprócz Patrona Nagrody także miejsce jej przyznawania ma dla polskich prawników wielkie znaczenie. Kraków z jego Uniwersytetem Jagiellońskim jako jedyny już dawno temu kształcił prawników, których wiedza i charaktery decydująco wpłynęły na ustrojowy kształt I Rzeczypospolitej.
To stamtąd wyszła już w XVI wieku zasada lex est rex, czyli że prawo jest królem, że to ono nami rządzi i że jemu podporządkowani są również władcy. Uniwersytet Jagielloński ze swoim Wydziałem Prawa był zawsze dla polskich prawników miejscem szczególnie ważnym. Dla Nagradzanych z pewnością jest zaszczytem, że do jury należy człowiek reprezentujący wielką dynastię tutejszych profesorów i rektorów Uniwersytetu panującą tu od dziewiętnastego wieku po dzień dzisiejszy.
To profesor prawa karnego Andrzej Zoll, któremu wiele zawdzięczamy, bo spełnił fundamentalną rolę w trakcie długotrwałej odbudowy naszego państwa po odzyskaniu niepodległości w 1989 roku. A teraz Wy jesteście kolejnym ważnym przęsłem mostu prawniczych pokoleń rozpiętego nad naszym tysiącleciem. Będziecie zapamiętani, nagradzani,
bo przyczyniliście się znacząco do zahamowania destrukcji państwa, wychodzenia z autorytaryzmu i powrotu demokracji.
I do wyborczego zwycięstwa w dniu 15 października 2023 roku.

Wszystko zaczęło się jesienią 2015 roku, gdy rządy
w Polsce przejęła partia PiS. Likwidacja państwa prawa rozpoczęła się od przejęcia Trybunału Konstytucyjnego. Trwało to rok. Od tego czasu nie było konstytucyjnej kontroli legislacji, istniała atrapa wykonująca wolę kierownictwa partii rządzącej.

W marcu 2016 roku ofiarą PiS padła Prokuratura. Całkowicie podporządkowana ministrowi sprawiedliwości doznała takiej zmiany ustroju wewnętrznego i całej struktury, że stała się wykonawczynią rozkazów politycznych władzy.

Kolejny rok przyniósł destrukcyjną rewolucję w wymiarze sprawiedliwości. Na początek władzy PiS podporządkowano Krajową Radę Sądownictwa, której konstytucyjną rolą jest decydowanie o nominacjach i awansach sędziowskich. Skonstruowana została fabryka neosędziów, bo zmieniono przepis dotyczący składu KRS. Zamiast jak dotąd przez sędziowski samorząd – większość członków KRS zaczęła być wybierana przez władzę polityczną, czyli Sejm. Zaczęliśmy znowu żyć w PRL-u, wepchnięci tam przez PiS. Dla ilustracji trzeba przypomnieć historię powstania Krajowej Rady Sądownictwa w 1989 roku. Stało się to w wyniku ugody okrągłostołowej. Projekt był nasz, identyczny jak w czasach przedpisowskich, czyli większość składu KRS pochodzić miała z wyboru samorządu sędziów. Strona rządowa przy tzw. podstoliku prawniczym wprawdzie zgodziła się na powołanie samej instytucji ale chciała, żeby większość jej członków powoływał Sejm, czyli w istocie władza polityczna.
Jednak ustąpili nam po krótkiej wymianie zdań. KRS stała się niejako czapką samorządu sędziowskiego. I oto nadszedł rok 2018, w którym powrócił PRL, bo odtąd sędziowie znowu brali się z nominacji politycznej. Wprowadzenie przy nominacjach czynnika politycznego odebrało sądom niezależność, rujnując cały nasz wieloletni dorobek w zakresie praworządności. Był to niejedyny przykład cofnięcia Polski o kilka dekad. Wróciło również, co gorsza, odwrócenie znaczenia słów i wróciło upaństwowione kłamstwo.

Wreszcie zajęto się Sądem Najwyższym, próbą usunięcia stamtąd wszystkich (około setki) sędziów, by wymienić ich na swoich. Wprowadzono nowy system dyscyplinarny, karanie za treść orzeczeń, za stosowanie prawa unijnego. Dla odważnych sędziów i prokuratorów rozpoczęły się ciężkie czasy. Ich wierność zasadom pełnionej służby zaczęła wymagać heroizmu, bo zostali poddani prześladowaniom. Za przykład niech posłuży krakowski sędzia Waldemar Żurek z niepoliczalną ilością postępowań karnych i dyscyplinarnych. Ci sędziowie i prokuratorzy, którzy nie ugięli karku, stali się dla nas bohaterami tamtych lat.

Latem 2017 roku doszło do protestów ulicznych organizowanych w licznych miejscowościach w obronie niezależności Sądu Najwyższego. Podczas jednego z nich w Warszawie dr Maria Ejchart, adw. Sylwia Gregorczyk-Abram, adw. Paulina Kieszkowska i adw. Michał Wawrykiewicz umówili się w sprawie powołania do życia inicjatywy obywatelskiej na rzecz ochrony praworządności. Taki był początek inicjatywy “Wolne Sądy”. Nie mogli jeszcze wtedy wiedzieć jak mocno popchnęli koło historii, jak ważny to był impuls, który połączony z wysiłkami innych stał się wielką siłą. Z pewnością nie zdawali sobie sprawy, że wybierając taki sposób działania podążają śladami Komitetu Obrony Robotników, który doprowadził do powstania “Solidarności”, a to ona obaliła komunizm.

Początkowo nagrywali filmiki w mediach społecznościowych wyjaśniając na czym polega niezależność sądownictwa, później mieli własną audycję w radiu TOK FM. Coraz częściej pojawiali się w mediach. Stali się szeroko znani. W 2020 roku zaistnieli w oczach prawa, bo zarejestrowali Fundację Wolne Sądy. Wydali raport „2000 dni bezprawia” obrazujący niszczenie państwa prawa, ten raport był stale aktualizowany. To już prawie siedmioletnia ich ciężka praca!
Byli obrońcami lub pełnomocnikami w wielu sprawach karnych, cywilnych i dyscyplinarnych sędziów i prokuratorów, także sędziów Sądu Najwyższego. A także prof. Wojciecha Sadurskiego. Mieli sukcesy procesowe. Współtworzyli Komitet Obrony Sprawiedliwości, który tymi sprawami się zajmował.

Do największych sukcesów naszych Laureatów należą uzyskane przez nich orzeczenia trybunałów międzynarodowych. Przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej wywalczyli kilka wyroków o wielkim znaczeniu dla ochrony praworządności w całej Unii. Przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka uzyskali kluczowy wyrok orzekający, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego RP nie jest niezależnym i bezstronnym sądem. Działali również na forum pozasądowym. Dla obrony likwidowanej u nas praworządności starali się z sukcesami zjednywać przychylność komisarzy i parlamentarzystów Unii Europejskiej.

Te wszystkie działania Wolnych Sądów stały się szeroko znane. Były przez kilka lat elementem życia codziennego, przedmiotem opinii publicznej. Wywierały na nią wielki wpływ. Nagradzane dziś Osoby stały się autorytetami. Również dla sędziów i prokuratorów, których wspierali i dodawali im odwagi. Dzięki temu było tych niepokornych sędziów i prokuratorów coraz więcej. To jest wielka, naszych Wolnych Sądów zasługa.
Bo liczebność buntujących się stanowiła o sile oporu i przez to o zwycięstwie. Przyszło ono 15 października ubiegłego roku i było wynikiem również Waszego wysiłku i Waszej walki!

Dziękujemy!

Jacek Taylor

Listy gratulacyjne:

List gratulacyjny Bartłomieja Sienkiewicza, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

List gratulacyjny Adama Bodnara, Ministra Sprawiedliwości

Fotografie z uroczystości przyznania Nagrody: